Oda do Towarzysza Jarosława

REKLAMA

Taurusowi dziękuję za inspirację do tego wierszyka

Wielki Teatr Ludowy Koreańskiej Republiki Ludowo Demokratycznej na tournée po zaprzyjaźnionych krajach demokracji ludowej ma zaszczyt przedstawić Odę do Wielkiego Przywódcy, Przewodnika Narodu i Zwycięskiego Wodza, Towarzysza Jarosława!

Huraaa!, huraaa!, huraaa!

Gdy się rodzili, wciąż biły grzmoty.
Orły usiadły przed ich nocniczkiem.
Jak ten po latach na skrzydłach trotyl –
Nie bez powodu niebo epickie.

Powstań bohater rodzi, dziewica;
Nieustraszona matka dla Sprawy,
Co niemal padła w Starachowicach
W słynnym powstaniu całej Warszawy.

Anioł zwiastował nadejście Zbawcy,
Póki co gwiazdka czerwona świta.
Komunistyczni błądzą oprawcy,
Na Żoliborzu wileńka skryta.

Że matka lepszy sort i wytworny
I sam archanioł nieco zmieszany:
Sto procent więcej zadanej normy –
Zrodził się Zbawca nam zdublowany.

Nic więc dziwnego, że błyskawice!
Sama natura oznajmić szczera:
Niepodległości oto dziedzice,
A z nimi nadejść ma nowa era!

Już od kolebki są naznaczeni:
Gdy im pieluchy tylko rozwinąć –
Wokół świadkowie zauroczeni:
Aromat fiołków zaraz wychynął!

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Już od kolebki z geniuszu słyną,
W wieku lat czterech mistrze szachowi,
Aż nawet tamto kręciło kino,
Jak przysłużyli się Księżycowi.

Tak to harować w dziecięctwie trzeba,
Plany filmowe gdzieś wycierając,
Gdy resortowe dzieci w swych niebach
W pogardzie z filmu roboli mają.

Więc od zarania w etosie walki!
Mleczka w przedszkolu raz nie wypili
I patyk z kupą w głębi wersalki
Na przyszłą walkę zgrabnie ukryli.

Nie tylko wtedy dostali w skórę.
Wszędy czyhają na nich siepacze.
Czasy komuny – czasy ponure,
Ale bohater przecież nie płacze.

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Czuwały jednak mądre niebiosa
Nad bezpieczeństwem dwójki udałej:
Bo przecież ważyć mieli na losach
Kraju, Europy – planety całej!

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Mówią świadkowie, co to widzieli,
Że rosło kwiecie, kędy stąpali;
Ptactwo kwiliło, gdy przystanęli,
Tęcze błyszczały, gdzie tylko spali.

Wiele relacji się zachowało
Z ich roztropności – tak pełnej gracji;
Żadne ich grono nie przegadało –
Nikt przeciw Zbawcy nie ma wszak racji.

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Chcąc poznać hydrę, której łeb zgniotą,
Kroją z marksizmu swe doktoraty.
W walce wytrwałość wszakże jest cnotą,
Wszak to wulgarne jest iść za kraty.

Wszyscy w więzieniu są podejrzani,
A czas pokazał, co z nich za złotka:
Zdrajcy, w Sorosa forsę szarpani!
A system trzeba zwalczać od środka!

Patrzyli bracia na adwokatów:
„Uch, jak ich bracie ja nienawidzę!”;
Sędziów, docentów i delegatów:
„A ja się, bracie, wręcz nimi brzydzę!”

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Wtedy już Zbawcy się nauczyli,
Co to jest lewak i co to komuch.
I profesurę by z tym zrobili,
Gdyby zrozumieć to było komu;

Lecz im została czujność klasowa,
Co się tak przydać miała w przyszłości,
I poznać zdrajcę już było komu,
Choćby był szefem „Solidarności”.

A kiedy przyszły ciężkie termina,
Odwagi wcale nie zbrakło Zbawcom,
Gdy stan wojenny słabszych pościnał,
Oni nieznani byli oprawcom.

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Wódz wtedy chodził do biblioteki,
A wprost na schodach stali ubecy;
Jak na nich spojrzał spode powieki,
Pobladli tchórze – widać ich plecy.

Nic więc dziwnego, że siłą woli,
I hartem ducha, co nas ocalił,
Bracia samowtór, że Bóg dozwolił,
Od komunizmu nas uchowali.

To jest historia niepodległości,
Zgodna ze ścisłą, pisią logiką:
To dzięki Zbawcom mamy wolności,
Bo wolność przecie nie przyszła znikąd.

Niechże więc łkają w podzięce starcy,
Niechże dziewczęta sypią im kwiatki,
Klaszczą mężowie, bledną potwarcy,
Na chwałę Wodzów niech rodzą matki!

To piękne grono niepodległości,
Za sprawą braci tak obrodziło!
Acz nie był koniec ich zbawienności,
Bo i na później sił im starczyło.

(Z nich nowi Romulus i Remus,
Państwowy ich instynkt zachwyca,
Aż sama Jadzia zdziwiona,
Jaka z niej była wilczyca).

Czas państwowości budować zręby,
Wszędzie obecni, walczą jak dawniej;
Aby zdradzieckie odsłonić gęby
I konkurencję topić co sprawniej.

Wojny na górze, kukły, siekierki,
Oto są Zbawcy w swoim żywiole;
Ciche intrygi, partyjne gierki,
Teczki, agenci, Antek, ubole,

Lecz nie raz pierwszy niewdzięczny naród
Miast cesarzami ex aequo zrobić,
Kopnął „zderzaki” od się bez żalu…
Oblicza Zbawców znów troska zdobi…

A troska wszakże nie bez powodu,
Bo takie prawo w sprawiedliwości,
Że, gdy nie rządzą bracia do spodu,
To nie ma Polska niepodległości.

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

Mówią, że Jarek na świętej górze
Wymedytował losu odmianę,
Inni, że gdy zszedł, pachniały róże,
Bo mu tablice tam były dane.

Tam przykazania są narodowe,
Cośmy ich prawie mieli zatratę,
Ciut zapomniane, ale nie nowe,
Odkrył je Jarek na nowo zatem.

Jak judzić, jątrzyć, dzielić, spiskować,
Jak w zdradę podłą zamieniać blizny,
Jak iść w prywatę, kraść, kombinować
Wszystko dla dobra biednej ojczyzny.

Kiedy odkryli prastare cnoty,
Wzmogli moralnie do tego stopnia,
Że już nie zbrakło sił ni ochoty,
By robić z kraju coś na kształt ropnia.

(A osobliwie doznano tego
Bardziej – u z dwójki nieco starszego).

**

Wtedy czas nadszedł wielkiej ofiary.
Założycielskiej, tworzącej schedę.
Mesjasz był poległ dla nowej wiary:
Było dwóch Zbawców. A został jeden.

Soros, lewacy, mordy zdradzieckie,
Ci, co za mało za życia czcili;
Michnik, Wałęsa, wpływy niemieckie,
Wszyscy! O, wszyscy w tym zawinili!

Merkel, Lizbona – to prawda naga,
Putin i prasa, i wieża ruska,
Tylko w pałacu nie, że bałagan.
A już największa, to wina Tuska.

Został ten z braci, co bardziej jary,
Już on nikomu nic nie daruje:
Wszyscy dla niego mniej, niż komary,
Które, gdy zechce, to rozdeptuje.

Tak się na Wodza stal hartowała,
Tak wyrósł półbóg i łask rozdawca;
Posłuszna ma być Polska mu cała:
Jakże inaczej? Przecież to Zbawca!

**

Prowadź na Kowno, Wodzu ze stali,
Na Berlin, Moskwę albo gdziekolwiek,
Myśmy wszak z kolan z rozmachem wstali,
Żaden więc z wrogów już nas nie dorwie.

Byli już jacyś językoznawcy
Albo – śmiech pusty – jacyś malarze,
Ale – gdzie takim równać się Zbawcy
I to narodu, co jest mesjaszem!

O wszechpotężny nasz Przewodniku,
To dzięki Tobie tu Słońce wschodzi,
Za tobą wszyscy stoimy w szyku,
Starzą się starsi, młodzą się młodzi.

Lwy, orły, gryfy – jednako słabe,
Na herbach, flagach, pożal się – znaczkach;
Moc potężniejsza przekracza Łabę!
Oto świat nowy! Nadeszła Kaczka!

O Gromowładny! Zwyczajny Pośle!
Gdzie tylko spocznie potężne oko,
Gdzie wwierci moc swą z góry wyniośle,
Tam się zaplenią cuda szeroko.

Huty, kopalnie i elektrownie
Poruszasz siłą stalowej woli,
Armię, szkolnictwo, służby, montownie,
Bez ciebie sczezną, gdy im pozwolisz.

Bach! Tu spojrzenie – spławna mierzeja!
Trach – i z magistra minister sprawny.
W Tobie już tylko, Wodzu, nadzieja,
By straszny Polak, a nie zabawny!

Ty nam Europę schrystianizujesz,
Nasze lenistwo w cnotę odmienisz,
To, za co zwykle wstyd się poczuje,
Ty w nas rozdmuchasz! Ty w nas docenisz!

Jako korona wszego stworzenia
I ewolucji najwyższy stopień,
Zrealizujesz nasze marzenia,
Aby nas bali się w tej Europie!

A komu grzechy odpuścić zechcesz,
Bo gotów Tobie duszę zaprzedać –
Czysty jak lilia, świętością łechce,
Choć wcześniej w aktach była z nim bieda…

A kogo zechcesz do piekła posłać,
Gdyż nieposłuszny Majestatowi,
Choćby legenda o nim wyrosła,
Zdołasz go zgnoić i w pierdel złowić.

Ty pomazańca mocą cudowną,
Wciąż dokonujesz niemożliwego:
Kłamstwo już nową prawdą umowną.
Prawda już z kłamstwa obrzydliwego.

Zmienisz historię nie kosmetycznie;
Miłość, empatię – w czystą nienawiść.
Cnotą pomawiać już jest publicznie,
Motorem władzy chciwość i zawiść.

A wszystko piękne i patriotyczne
Tak dla ludowych jest demokratów;
Co lud okradną, rządzą dziedzicznie.
Tudzież dla świętych z episkopatu.

Swą mocą wielką, jak u Tytanów,
Wracasz proporcję, co lud zatracił:
My nie z Europy, my oszukani,
My wszak jesteśmy dumni Azjaci!

A co żeś zastał kiedy w ruinie,
To przy ruinie nawet nie stało:
Po raz kolejny Polak zasłynie,
Że i ruinę zburzyć się dało!

Dzięki Ci zatem, Wodzu Wszechmocny!
Dzięki Ci zatem, o Przewodniku!
Że nas traktujesz, jak tłum pomocny,
A przecież mógłbyś zabić, nędzników.

Słusznie Twój widok narodem wstrząsa!

**

I tylko szkoda, że nie masz wąsa…

Ura! Ura! Ura!

Następuje wysyp tysięcy goździków na widownię, grają cztery orkiestry strażackie i osiem wojskowych, Beata Kempa intonuje różaniec, Beata Szydło wjeżdża na bombach, Mateusz Morawiecki elektrycznymi limuzynami, towarzysz Pietrzak przedstawia szampańsko zabawny program o owsikach, towarzysz Kurski wyciąga z kapelusza Zenka Martyniuka, a wszystko to przed kamerami TVP; losuje się loteria ubrań z PCK i tornistrów dla dzieci z Syrii, WOT-owcy Antoniego Macierewicza tańczą w rytm łopat wirników zakupionych śmigłowców bojowych, nadpływa niedokończona korweta „Kruk”, czy tam inny „Gawron”, a zaraz za nią okręt podwodny z podwodnymi z kolei śmigłowcami; zebrani krzyczą frenetycznie: „Czołem, panie ministrze!”, następuje uroczyste wieszanie na szubienicach obrazów z Tuskiem, Owsiakiem, Merkel i członkami Komisji Weneckiej, swoje wiersze recytuje przez megafon Jarosław Marek Rymkiewicz, z nieba spada confetti nacięte przez policjantów; odsłania się sto cztery i pół nowych pomników Lecha K., w tym trzy w lodzie, a dwa w budyniu; następują spontaniczne otwarcia dziesięciu nowych muzeów żołnierzy wyklętych; po nich odczyty: sędziego Piotrowicza o antykomunizmie i sędzi Pawłowicz o kulturze, następnie rytualne topienie lewaka w Wiśle, wystawa dzieł sztuki pod hasłem: „Wielcy wodzowie i ich koty”, a na koniec spada na wszystkich tonami deszcz świeżo wydrukowanych pieniędzy.

Fajerwerków nie ma, bo już są na kartki i wyszły.

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie