Smok

REKLAMA

Ach! Fani wy naszych paciorków poetyckich, wyśpiewywanych przez najznamienitsze armaty naszego czasu, na specjalnie usypanym sztucznym jeziorze w San Marino, wzniesionym w złotym pyle pozostałym z wydechów Formuły Jeden pod patronatem obajtkowego Kubicy: oto najbardziej olśniewająca programa sezona!
Śpiewają wszyscy, ale to wszyscy, Obajtek wynajął! Nawet Ogórek dziś śpiewa! Słuchajcie, przekażcie potomnym:

Śpiewogra LIII
pt.: „Mowa laudacyjna Prezesa Obajtka po przyznaniu mu nagrody „Człowiek jeszcze na wolności”

 

Chciałbym tu, kurwa tego, pięknie podziękować.
Zajebisty tytuł, jaram się jak głupi,
Po chuju statuetka, gdy tombak ciut schować.
Trzeba było powiedzieć, to by Orlen kupił.

Ja pierdolę, czas leci – do rzeczy wracając:
Choć mi się nagroda ta, kurwa, należy,
Lepszego nawet od mnie ziomka doceniając:
Dzięki niemu dziś morda moja tu się szczerzy.

Jemu w pizdu nagród – i jeszcze za mało,
Dwóch wież w kosmos wyjebanych nawet;
Jemu kurwa by nieba się aż przychylało,
Bo ma już, pierdolony, zasłużoną sławę.

Kurwa, dzięki niemu ten kraj nie upada,
A ludzie od urodzenia zajebiście zdolni,
Mogą liczyć na tego jebanego dziada:
Wolni, gdy wizji jego kurewsko powolni.

Jak mawiamy w Pcimiu: kto pizdą zrodzony,
Ten kanarkiem nigdy ni chuja nie będzie,
Dzięki zatem Bogu, że ten kraj rządzony
Przez niezłego ptaszka na zbawczym urzędzie.

W twoje zatem ręce, pieprzony Prezesie,
Choć się jebią do ciebie jakieś brudne pały,
Dzięki tobie dworków od chuja się wzniesie:
Dźwigasz na swoich barkach ten tu burdel cały.

Cosik tu pierdolą, żem ja Napoleon,
Ale to Prezesa taka fajna fucha:
Oto wznoszę za Szefa wykurwisty kielon:
Kochanego Prezesa nikt nam nie wyrucha.

Dla Prezesa wszystko, klnę się na Touretta!
W dupę pierdolony, z wzruszenia się słaniam,
Vivat mordo nasza, na tych tu baletach,
Interesy z tobą lepsze od jebania!

[oklaski]

Po tej szacowności, godnej jedynie angielskich gentlemanów zastrzegam: dalej będzie tylko bardziej wzniośle! Kto jeszcze nie przesiąkł prawicowością naszych czasów, zapraszam!
Na początek, rebusik:

I co? O sąsiedzie? Nie, to nie mylne wrażenie. On wszędzie mieszka. Tyle posiadłości…

A że go nagrali? Mój Boże! Kogo nie nagrali?

 

Śpiewogra LIV
pt.: „Taśmy”

Są takie kraje, myślę, szczęśliwe,
Co polityką się nie zajmują:
Jakieś podatki tam są wahliwe,
Albo katastrem się pasjonują.

A my! O nie to! Pragniem rozrywki!
Żadne tam twisty, charlestony, cha – che:
My znamy temat już na wyrywki:
Nas to rajcują taśmy pieniacze!

Nic tak rozkoszą nas nie przeciąga,
Jak dobre bluzgi Wiesia obwiesia:
Nie bardziej szczytem tarło drze pstrąga,
Niż dobra taśma Krysię i Lesia:

Był tak Oleksy ostry jak brzytwa,
Rywina były i czasopisma,
Pull-up do gruntu była gonitwa,
Sowy ośmiornic na stołach pryzma.

I złote głoski wodza tez były:
Że niech to idzie Ausrtriak do sądu,
(Ale, że Ziobro dla wodza miły,
Teraz są jakby w ramach przesądu}.

Był też Czarnecki, Giertych, Obajtek,
I brudne pały i skurwysyny,
Ludu – się pytam – fakt, są bez majtek,
Czy dość niegodne to Polski czyny?

Czy myśmy tyle dziesięcioleci,
Krwi oddawali. co to najlepszej,
Żeby to do nas, jako do dzieci,
Tako chrumkały sprzedajne wieprze?!

Chcecie mieć państwo, co już dziś mamy?
Taka to bydła rozrywka tania:
Może to Polska wygra dziś Grammy:
W końcu łykajcie nowe nagrania…

 

Może i nie dotarliśmy jeszcze na Marsa, ale za to mamy dla Was  na koniec to, goździk programu, pod tytułem:

Bajka o smoku

Gdzieś w interiorze leżało sobie
Państwo nieduże, choć też niemałe.
Dość obojętne innym na globie.
Samo twierdziło: na bożą chwałę.

Tak sobie żyło nieco wieśniaczo,
Wypominkując byłe opresje,
Nad swą wielkością zamierzchłą płacząc,
Z klęsk narodowych świętując sesje.

Jak to interior – trudna historia:
Kto poczuł wenę – najeżdżał, łupił,
Dzielny więc ludek w klęsk chodził glorii:
Bo chociaż dzielny, w rządach był głupi.

Państwo z pęczkami zwycięstw moralnych
Cywilizacji centrum się miało:
Bez reperkusji protokolarnych,
Bo żadne inne nic nie wiedziało…

Doznało łaski nagłej od Boga,
Czego się wcześniej nie widywało:
Spokoju okres, Unię miast wroga,
Więc towarzystwo się zakrzątało:

PKB urósł i poziom życia,
Wreszcie zaczęło się coś opłacać,
Nieco ustały za życia gnicia,
Dało się świata nieco pomacać.

Mniej nagle cyrków, dziejowych szańców,
Mniej bohaterstwa i mniej też brudno;
Nie ma poświęceń ostatnich krańców,
Czyli, strach to rzec – po prostu nudno.

Można budować, forsę zarabiać,
Żadną świętością, ani też draństwem,
Przeciw ideom można rozrabiać,
Zostać też można sobie mieszczaństwem.

Można żreć kawior bez łez sumienia,
Że gdzieś w Syberię ślą masę ludu;
Wanda stosunek do Niemca zmienia…
No, taki spokój, że wprost wyć z nudów!

Zbyt już się długo daje we znaki,
Brak bohaterów, by ich pochować,
Brak ruin, gwałtów i grubszej draki,
Klęsk żadnych nowych, aby świętować.

Stąd też narodek, w nagłej potrzebie,
By była szansa na rozpierduchę,
Wydalił w końcu klęskę ze siebie:
Smoka z niesytym nigdy dóbr brzuchem.

Zionął on pięknie w technikolorze,
Cielsko jak trzeba, groźne pazury;
Ryczał, jak SB po fakcie zmoże.
Co dużo gadać: smoczej postury.

Sprawiał wrażenie, tego nie powiem.
Gdy plunął, beknął, czy zdefekował,
Ludziom zaprzysiągł forsę i zdrowie
I że się z władzą będzie rachował.

Że do roboty tak męczy wstawać,
Że lepiej somsiad ma dramatycznie,
Że „tych łobuzów, to ja bym, panie!” –
Ludek chciał smoka entuzjastycznie!

Obiecał podnieść kraik z ruiny
I się policzyć z wrednym sąsiadem;
Ogniem pogonić te sukinsyny,
Co „sprowadziły na kraj upadek”.

Siadło na tronie zatem smoczysko,
Wziąwszy za rządy pokaźną gażę;
Tym, co kłaniali potworze nisko
Sypał zaś stołki i apanaże.

Aliści przecież czas rączo płynie…
Fakt, żyją długo, lecz nieszczęśliwie.
Nie darmo bowiem smok sprytem słynie,
Wykorzystując ludek straszliwie.

Pasie swój kałdun smoczydło stare,
A wciąż mu mało i nigdy dosyć;
Ci, co go brali na dobrą wiarę
Trą teraz oczy, stają im włosy.

Zeżarł już więcej, niż wszystkie rządy
Od lat bez mała i pięćdziesięciu,
Smocze machloje i ssań narządy,
Na żadnym się już nie mieszczą zdjęciu.

Cielsko wciąż puchnie i potwornieje,
Smród się rozchodzi niemiłosierny;
Coraz jest gorzej, państwo ropieje,
Coraz jest chudsze – a smok obszerny.

Pożera sądy i telewizję,
Ciała, organy i trybunały,
Banki, fundacje, firmy, prowizje:
Żre bez wytchnienia przez dzionek cały.

Żre bez wytchnienia także i nocą:
Parlament, spółki, radio, muzea.
Gorzej ofiarom, gdy się szamocą:
To mu rozkoszą paszczę rozwiera.

A nie pogardzi nawet stadniną,
Stowarzyszeniem, związkiem czy prasą.
Co przy jęzorze przejdzie mu mimo,
Na to ochotę ma gad ten łasą.

Gdy czka rozżarty, władzą opity –
Nieco się dzieli tym, co zostało.
Ludek grzeczniejszy, gdy pałą bity,
Pachołów więc się poopłacało.

Pałki ci mają i zgrabne tarcze.
Smok motłochowi rzuca ochłapy…
Z chusteczką lecą, gdy smok zasmarcze,
W imieniu ludu całują łapy.

Jest tam rycerzy co prawda paru,
Co to kuszeni sławą, przygodą,
Dla rycerskiego swego PR-u,
Czasem ze smokiem potyczki wiodą.

Jednak, choć ostrzą kopie i miecze;
Kłują, ciachają, wprost, lub z zasadzki,
Każdy się z ciosów bestii upiecze,
Rosną jej tylko kolejne macki.

Bywa, że zda się: pada gadzina!
Gromko zahuczy okrzyk bojowy…
Ale ta hydra zabija klina:
Gdzie jedna ścięta – trzy rosną głowy.

Wpełzła już wszędzie, do każdej gminy,
Gdzie grosz by jaki, władza, łakotki,
We wszystkie szczeble, wszystkie dziedziny,
Wszędy się kręcą smocze pociotki.

Śmiech zdechł rubaszny, zrzedły coś miny,
Że to, pod wpływem moralnych porad,
Choć wstyd się przyznać do takiej winy –
Naród wypasał rządy potwora.

Ten zaś metodą kija z marchewką,
Zadusza ludność swą tłustą marą,
I tak włościanin wraz z hożą dziewką,
Z życzenia swego są już na szaro.

Ludek jest zresztą w tym urządzony.
Ścichła krytyka, tak drzewiej krewka,
I ciemna dupa ma dobre strony…
Hej! Do cholery! Gdzie ten Dratewka?!

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.