Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom
rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom.
Tak. Wiem. Gałczyński napisał to pod koniec epoki stalinizmu. Bóg jeden wie, czy na fali schodzącej, czy wschodzącej. On, szalony poeta bez odpowiedzialności poza odpowiedzialnością za słowo, będąc przed wojną wyrobnikiem w pisemkach oenerowskiej dziczy, po wojnie w pismach dziczy stalinowskiej, biedny, wiecznie pijany anioł swojej sprzedajnej boskiej muzy mimo to – skażony był niestety niezmywalnym piętnem geniuszu. Zatem nawet w „produkcyjniakach” mimowolnie tworzył prawdę. Jak w tym wierszyku.
Nadszedł ten czas. Trzęsą się portki pętakom, puchną konta dziwkom do wynajęcia, nalewają się tłuszczem mordy ludzi bez skrupułów. Powoli dochodzimy do starej, cienkiej, czerwonej linii: tak długo był spokój, iż zapoznano głód, śmierć, hekatombę i ogień z nieba; tak długo było spokojnie, że ogół oswoił się z myślą, że ból zęba to nic takiego, skoro na razie nie boli. Wymarły pokolenia, które zaznały potopu i bólu zęba.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem tak naiwny, ani tak ograniczony, aby nie wiedzieć, że wojna jest wieczna. Była w Korei, Wietnamie, Kambodży, Sudanie, Jemenie, Rwandzie, Syrii, Afganistanie, Iraku, byłej Jugosławii, Czeczenii. Ale zawsze była w cieniu, na uboczu, nie śmiała być światową. Sto tysięcy ofiar? Dwieście tysięcy? Nadal bez wpływu na dynamikę światowych gospodarek i konstatację, że milion ofiar – to tylko statystyka.
Wszystko zmierzało ku lepszemu. Ponad siedemdziesiąt lat bez wojny światowej? Niezwykłe. Szalone wręcz. Rokujące.
Fukuyama pisał o końcu historii, a w pracach historyków nastąpiło rozważanie o tym, czy wchodzimy w nową, liberalną epokę. Po zlodowaceniach.
I co? Pstro.
Zaraza. Dwóch żyjących papieży. Antyszczepionkowa histeria. Powrót teorii płaskiej Ziemi. Kryzys gospodarczy napędzany do znudzenia tak samo, jak sto lat wcześniej. I stojąca u progu wojna światowa między tradycjonalistycznym blokiem zamordyzmu i liberalnym blokiem demokracji.
Ot tak, nagły powrót do średniowiecza z przebłyskami późnego hitleryzmu.
Nie jest jednakże tak, że ludzkość tak całkiem nie odrobiła lekcji historii. Chociaż to może źle powiedziane: ludzkość nie odrobiła, a historia non magistra vite est, bardziej: historia odrobiła lekcje za nas. Dała nam w swym szalonym cywilizacyjnym pędzie narzędzia, aby zmądrzeć. Narzędzia, jak to narzędzia, można je różnie wykorzystywać – skoro można mądrzeć, lepiej jest głupieć. I tak Internet jest wykorzystywany głównie do parzenia się i popuszczenia chuciom, szukania atencji i oglądania, jak jakiś facet wsadza sobie słoik w dupę. Do policzenia się idiotów: patrzcie, ilu nas jest mądrych, co nie spadają z krawędzi Ziemi!
Ale nie da się też nie zauważyć pozytywnych cech technologicznej zmiany. Może i oprogramowanie rozpoznaje twarze w chińskim tłumie przez kamery. Może i pomaga wprowadzać punktowy system za lojalność i nielojalność społeczną.
Ale pozwala też zebrać się do kupy przegranym, biednym, wygranym, bogatym, mądrym. Wszystkim.
Informacja jest jak piorun krystalizujący piasek. Rozchodzi się jak wirus w społeczeństwach totalitarnych. W społeczeństwach ery Internetu rozchodzi się jak fala tsunami, której nikt nie zatrzyma.
Na naszych oczach palą się irańskie hidżaby, rosyjskie czołgi, reputacja Xena Li. Nie ma już świętości. Paradoksalnie to, co miało dać nam zniewolenie – daje nam wolność. Wolność przepływu informacji.
Studenci w Hong Kongu strzelają z łuków do jednostek specjalnych z dachów akademików. Młode dzielne kobiety palą hiżadby w Iranie i giną. Młodzi mężczyźni stają po ich stronie – i giną.
I wiecie co?
Twej fali już nic nie zatrzyma. Fali wolności, zachłyśnięcia się swobodą, otwarcia oczu.
Ona zmiata właśnie obecną Rosję, Iran, księcia Syrii.
Ale jak skończy się ten rachunek sił? Jak skończy się konfrontacja? Fali nic nie zatrzyma, ale czy nie popłynie ona dalej, aby rozbić się w zbędnych szczegółostkach, w małych animozjach, w wiecznie napędzanych przez satrapów nienawiściach?
Jacek Kaczmarski śpiewał słowa Jacquesa Brela o murach. Publiczność niesiona wolnościowym zapałem nie rejestrowała, że one w końcu rosną… rosną.. rosną…
Ale, no cóż.. Internet wykazał w sobie już tyle złych i poniżających cech, że pora w końcu na dobrą.
Kobiety w Iranie palą hidżaby.
Studenci na dachach akademików Hong Kongu strzelają z łuków.
Pali się ład satrapów.
Bo ludzie dojrzeli, że rzeczywistość społeczna jest WYŁĄCZNIE WIRTUALNA, a jeśli tak – to czemu na nią nie wpływać?
Będzie więcej bohaterów i bohaterek. Będą ginąć pod kulami, granatami i miotaczami ognia.
Bo zaznali wolności.
Tej wolności. Wbrew hidżabom, sutannom, satrapom, idiotom, szaleństwom, stadnemu bbydlęceniu.
Internet zabrał nam godność. Wiarę w siebie. Swobodę.
Czas, by dał nam WOLNOŚĆ.
Czy mury jeszcze urosną? Czy jednak ludzkość choć odrobinę zmądrzała?
Otóż, drodzy widzowie: okaże się niebawem.
A u nas?
Reasumpcja
Kichnął biedaczek,
Nie przyszedł płaczek,
Lekarstw konsumpcja:
Cóż: reasumpcja.
Nie zdążył gamoń,
Błądzi tak samo,
W windzie, w pociągu
Reasumpcja w ciągu.
Za dużo opozycji?
Na wygranej pozycji?
Głosujemy w myśl ferajny,
Aż przyjdzie ostatni sporzedajny.
A wiecie co skurwiele?
Chętne wam pościelę:
Reasumpcję jam skory
Zrobić z ostatnimi wybory.
Ale na cóż to, po cóż, kiedy żyjemy w napiętej do granic fikcji?
Ufam Polakom. Nie zawiodłem się mając lat pięć.
Dziesięć.
Trzydzieści.
Nie zawiodę się i teraz. Faktem, jest, że za ambicję małej kaczki będziemy teraz płacić dziesięciolecia.
Ale to jest nic wobec tego, co w historii mieliśmy,
Czasem trzeba na jakiś czas zgłupieć, żeby ostatecznie zmądrzeć.


Dodaj komentarz