Polak przed szkodą i po szkodzie głupi

REKLAMA

Rok 2005 to dla mnie, wówczas 31-latki, dla której sprawy polityczne nie miały większego znaczenia, czas, w którym po raz pierwszy zaczęłam się interesować tym, co dzieje się w mojej ojczyźnie na najwyższych szczeblach władzy. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że jedyną rzeczą, którą zawdzięczam PiS, jest moja rozbudzona świadomość polityczna. To, co działo się w Polsce przez kolejne dwa lata – w kraju, położonym w centrum Europy, który zasłynął z tego, że obalił komunizm – sprawiało, że patrzyłam na to wszystko z mieszaniną śmiechu, fascynacji, niesmaku i narastającego przerażenia. Ale po kolei…

W roku 2005 do władzy doszła partia, której nazwa mogłaby budzić wyłącznie pozytywne odczucia „Prawo i sprawiedliwość”. W rzeczywistości jest to nazwa pełna sprzeczności. Nie zawsze prawo jest sprawiedliwie i nie zawsze sprawiedliwość jest prawa. Wtedy jeszcze Opatrzność czuwała nad Polską, bo PiS nie zyskało większości parlamentarnej i musiało poszukać koalicjantów na miarę swoich możliwości. Wybór padł na Ligę Polskich Rodzin i Samoobronę, które dość szybko zostały zredukowane do pozycji przystawek partii. Na czele tworzącego się rządu stanął przeuroczy i przesympatyczny Pan Kazio, który swoim entuzjazmem potrafił urzekać wielu. Pan Kazio pomimo całego swojego wdzięku nie był jednak samodzielny i niezależny. Nikt przecież nie miał wątpliwości, że wielkim dyrygentem w rządzie jest prezes, któremu nawet wybrany wcześniej prezydent zameldował wykonanie zadania i który zarzekał się, że w sytuacji, w której jego brat będzie prezydentem, on premierem nie zostanie. Jak miały się te słowa do rzeczywistości, każdy z nas doskonale wie. Prezes z pozycji przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka pociągał za odpowiednie sznurki, wskazując batutą rytm, kto, gdzie, kiedy i jak. Po kilku miesiącach przesympatyczny Pan Kazio został odstawiony na bok i prezes dla dobra ojczyzny zajął ugrzany dla niego fotel premiera. Rozpostarł się na nim niczym Don Vito Corleone i zaczął delektować się władzą.

Narastający konflikt w rządzie między PiS a przystawkami, które miały zostać wchłonięte przez PiS, by zyskać większość parlamentarną, doprowadził do tego, że łajba, na której już nie płynął, a wręcz coraz bardziej odpływał prezes w funkcji premiera, zaczęła chybotać się, nabierać wody i ostatecznie poszła na dno. Prezes poległ na całej linii. Przystawki okazały się ciężkostrawne i odbiły mu się czkawką. Rząd PiS podał się do dymisji po zaledwie dwóch latach sprawowania władzy w sposób groteskowy i ośmieszający nasz kraj na arenie międzynarodowej. Na wybory poszłam po raz pierwszy od lat z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Tu znów Opatrzność czuwała nad naszym krajem, bo strach pomyśleć, co by się działo, gdyby to rządowi PiS przyszło zmierzyć się z tym, co nadchodziło dużymi krokami – z ogólnoświatowym kryzysem gospodarczym.

Przyspieszone wybory PiS, a wraz z nim prezes, przegrało z kretesem. Polacy najwyraźniej mieli już dość kabaretu rozgrywającego się na ich oczach i tym razem pokazali prezesowi czerwoną kartkę, odsyłając go na ławkę rezerwowych. Do władzy na osiem lat doszła Platforma Obywatelska i choć nie były to rządy idealne, to dziś mogą one kojarzyć się z oazą względnego spokoju. Względnego, bo dopóki PiS będzie istniało, dopóty prawdziwego spokoju w naszym kraju nigdy nie będzie. Pis zostało zepchnięte do opozycji i w niej czuło się jak ryba w wodzie, przegrywając szereg kolejnych wyborów, po których prezes przeżuwał w ustach gorzki smak porażki. Przystawki skończyły jeszcze gorzej, bo zniknęły całkowicie z areny politycznej. PiS na nieszczęście dla Polaków nadal istniał i nadal jątrzył.

Zdawać by się mogło, że te dwa niechlubne lata rządów PiS powinny być dla Polaków życiową lekcją. Właśnie, zdawać by się mogło, bo tym razem na Opatrzność już nie mogliśmy liczyć. Rok 2010 przyniósł Polsce jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach naszego narodu – katastrofę w Smoleńsku, w której zginęło wielu polityków i ówczesny prezydent, brat prezesa. Zdawać by się mogło, że wszyscy pochylą głowy nad tą tragedią z szacunkiem i zadumą, że zjednoczymy się w obliczu tak wielkiej straty. Wszyscy, ale nie PiS. Albowiem PiS już w pierwszych dniach żałoby narodowej zaczęło tańczyć na trumnach zmarłych, tworząc kult smoleński i dzieląc Polaków. Wtedy jeszcze przegrało przyspieszone wybory prezydenckie, bo prezes jako kandydat na prezydenta nie wzbudził ani należytej sympatii, ani litości. W sumie i tak nie chodziło mu o fotel prezydenta, który nie dawał mu realnej władzy. Na wybory, rzecz jasna, poszłam, bo wizja prezesa jako prezydenta była wystarczająco koszmarna, a jak choć horrory lubię, to jednak dawkowane z umiarem.

Przegrana była kolejną porażką prezesa, ale prezes doskonale wiedział, jak wykorzystać Smoleńsk, by przez kolejne lata budować właściwe podwaliny pod przejęcie władzy. Zaczął się pisowski marsz po zwycięstwo, który jednoznacznie kojarzy mi się z marszem wilków na królestwo księcia Mateusza z „Akademii Pana Kleksa”. Trzeba przyznać, że prezes miał cierpliwość, by czekać na swoje kolejne pięć minut, przez ten czas umilając życie partii rządzącej poprzez wyciąganie rozmaitych brudów, manipulacje opinią społeczną i kultywowanie mitu o zamordowanym przez wrogów Polski prezydencie. Taka już jest bowiem pisowska natura prezesa, że czysta gra jest mu obca tak jak mi jest obca wiara w prawość i sprawiedliwość ludzi z PiS. Wśród członków swojej partii wypatrzył młodego, pięknego, gładkolicego i gładkosłownego Andrzeja, którego namaścił na kandydata na prezydenta. Do tego wystarczyło dorzucić brudną kampanię prezydencką, by Polacy zaślepieni młodym i pięknym kandydatem, z którego ust pełnych słodyczy płynęły piękne obietnice dobrobytu, umożliwili PiS odniesienie pierwszego od lat zwycięstwa. Pomazaniec prezesa wygrał i tego samego dnia stał się jego zakładnikiem, który bez słowa sprzeciwu i bez zastanowienia wykonuje jego polecenia, łamiąc Konstytucję, na której straży miał stać.

Zdawać by się mogło, że Polacy mają jeszcze czas na przemyślenie wszystkiego, bo widzą, że prezydent tańczy tak, jak prezes batutą mu rytm wyznaczy. Brudna kampania do wyborów parlamentarnych, oparta na odzieraniu partii rządzącej z tego, co sprawiało, że przez osiem lat w naszym kraju panował względny spokój, wydała plon pod postacią wygranej PiS. Prezes, świadomy, że swoim obliczem nie pozyska sympatyków, ukrył się umiejętnie za plecami kobiety i siedzi za nimi do dziś, wysuwając zza nich łapkę z batutą. Na wybory poszłam ze świadomością, że tym razem PiS wygra, ale mój głos może nieco zmniejszyć przewagę tej zepsutej do szpiku kości partii w Parlamencie.

Zmiana była nieunikniona. Osiem lat to i tak sporo jak na rządy jednej partii w kraju nad Wisłą. Ale, u licha, dlaczego PiS? Polacy po raz kolejny pokazali, że ich pamięć jest krótka, a z poprzednich rządów „prawych i sprawiedliwych” nie wyciągnęli żadnych wniosków. Mówi się, że kto raz się sparzy, ten potem dmucha na zimne. O nie, nie Polacy. Polacy świadomie wpakowali łapy w ogień i teraz słychać skwierczenie przypalanej skóry. A smród przy tym niesamowity się unosi. Ani Polak rozumu nie nabył, ani PiS nie nauczyło się, że Polak choć jednakowoż głupi przed szkodą, jak i po szkodzie, to prędzej czy później przejrzy na oczy. Co prawda, najpierw przetrze je ze zdumieniem osmalonymi i nieco zwęglonymi łapkami, ale jaki już przetrze, to obudzi w sobie naturę wojownika. Leniwie się przeciągnie i w końcu trzaśnie pięścią w stół. Nic tak ludzi nie jednoczy, jak wspólny wróg.

Polacy przez rok kabaretu.. tfu! rządów PiS zaczynają mieć dość i powoli, w swoim leniwym stylu, budzą się ze snu. Jest i śmiesznie, i strasznie.  W ciągu roku PiS rozpanoszyło się wszędzie i stało się kukułczym jajem, podrzuconym nam przez Opatrzność. Może ma być to dla nas kolejna lekcja? Może porządny kopniak? A może po prostu Opatrzność zaśmiała się nam w twarz, chcąc sprawdzić, jacy to mądrzy będziemy za czas jakiś. Dobra zmiana zaczyna nam coraz bardziej wychodzić bokiem. Na arenie międzynarodowej staliśmy się błaznem. Stajemy się kimś, z kim nie trzeba się liczyć, bo budzi jedynie niesmak i kogo lepiej omijać szerokim łukiem. Na ziemi ojczystej zostaliśmy posegregowani na lepszych i gorszych, na tych, co są prawdziwymi patriotami i tych, którzy stają się zdrajcami, wrogami narodu. Lud zaczyna wychodzić na ulice i nie ma tygodnia, by ktoś nie protestował. Protestują rolnicy, ludzie kultury, ludzie walczący o demokrację. Ze snu budzi się nie tylko społeczność wielkich miast, ale też i małych miasteczek. Pis czuje coraz cieplejszy i coraz bardziej dyszący oddech wyborców na plecach, ale na razie z przekąsem twierdzi, że ma to marginalne znaczenie. Dalej tańczy na trumnach ofiar katastrofy smoleńskiej, podsycając teorię zamachu. Prezes nadal kryje się za plecami innych, choć zaczyna odbijać się od ściany, którą w ostatnich tygodniach stworzyły rozjuszone kobiety. Widzi zagrożenie, ale jak przystało na starego kawalera nie wie, że z zagniewaną kobietą lepiej nie zaczynać, a jeszcze lepiej nie potęgować jej narastającej furii. Coś mi się wydaje, że zadarcie ze „słabą płcią” skończy się dla prezesa porządnym kacem i niestrawnością. I mam nadzieję, że za kilka lat, kiedy koło historii zatoczy swój krąg, Polak przed szkodą będzie głupi, ale po szkodzie w końcu zmądrzeje. I po raz kolejny, na przekór własnemu rozumowi, rąk w ogień nie włoży.

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie

6 Komentarze

  1. Niezla analiza , tylko tradycyjnie autorka zapomniala ( ??) o roli Kosciola w przejeciu calkowitej wladzy przez PIS…..Nie zwrocila rowniez uwagi na calkowity brak dania odporu na pisowsko -Goebelsowsko-koscielna propagande przez PO….

    • Jacku, autorka nie wzięła pod uwagę roli Kościoła w przejęciu władzy przez PiS… To temat na oddzielny artykuł… może o tym, jak PiS duszę diabłu zaprzedało 😉

  2. Przeczytałem z przekonaniem, że sam bym to napisał, gdybym takie umiejętności. Wielu z nas „uczyło” się polityki w 2005 roku z taką samą mieszaniną obrzydzenia i zdziwienia i Bóg wie czego jeszcze.

  3. Jacku, zostało to napisane jako króciutkie opracowanie, a nie książka. bo książką musiałoby to być, aby uwzględnić wszystkie aspekty zjawiska, które doprowadziło Polskę, na przełomie lat 2015/16 do stanu, w którym należy rozpaczać za prawdziwą Polską (ale bez „prawdziwych polaków-katolików”). prawdziwa Polska to kraj, w którym jest umiłowanie wolności, demokracji i różnorodności, natomiast nienawistne są, faszyzm, fundamentalizm religijny oraz ksenofobia.
    sądzę, że autorka w następnych etapach zajmie się i rolą kościoła i sztucznie wzbudzaną ksenofobią oraz uwalnianiem przez pis zachowań faszystowskich. kolejne i kolejne artykuły, które będą stygmatyzować krótkowzroczną głupotę wytworów komunizmu pod znakiem IV RP.
    być może zechce nawet to zakończyć krótką kompilacją zawierającą wnioski i przesłanki na przyszłość dla umęczonego przez pisowców kraju.

Komentowanie jest wyłączone.