Jak nie uczyć się na błędach, czyli kolejny dzwon w wydaniu rządowym

REKLAMA

Zdawać by się mogło, że ludzie uczą się na błędach, że potrafią wyciągać wnioski z pewnych sytuacji i starają się nie powielać błędów innych. Nie ma to jednak miejsca w przypadku Prawa i Sprawiedliwości.

Zdawać by się mogło, że po wypadkach z udziałem Antoniego Macierewicza i Beaty Szydło, które dobitnie pokazały nie tylko nieudolność BOR, ale również nagminne wykorzystywanie przywilejów na drogach przez obecny rząd, rządzący będą starali się unikać podobnych wpadek, które niemal natychmiast są krytykowane przez opozycję i suwerena. Nic bardziej mylnego. Po kilku tygodniach od kraksy z udziałem premier, mamy do czynienia z kolejną kolizją rządowej limuzyny. Tym razem jechał w niej sekretarz stanu w MON, Bartosz Kownacki.

Można powiedzieć, że kolizja, która miała miejsce 29 marca 2017 roku na jednej z warszawskich ulic, jest najlepiej udokumentowana ze wszystkich, dotychczasowych, wypadków z udziałem rządzących. Kamery doskonale uchwyciły moment, w którym limuzyna rządowa wjeżdża na skrzyżowanie na czerwonym świetle i z impetem uderza w jadący przez skrzyżowanie samochód. Znaczące jest to, że samochód jechał zgodnie z przepisami, mając zielone światło, a limuzyna nie dość, że wpadła na skrzyżowanie na czerwonym świetle, to jeszcze wyskoczyła zza stojącej na światłach ciężarówki, która ograniczała widoczność pojazdom, mającym prawo do wjazdu na skrzyżowanie. Limuzyna zaliczyła tzw. „dzwon” i nie ma tu usprawiedliwienia, że jechała jako pojazd uprzywilejowany, na sygnałach świetlnych i dźwiękowych. Kierowca najzwyczajniej w świecie złamał przepisy. Jakby tego było mało, kierowca kolejnej limuzyny, która po kolizji podjechała po Bartosza Kownackiego, zawrócił na linii ciągłej, łamiąc tym samym kolejne przepisy.

Dla przypomnienia… Kodeks drogowy dopuszcza łamanie przepisów drogowych (oczywiście z zachowaniem dbałości o bezpieczeństwo innych uczestników ruchu drogowego) w trzech przypadkach: ratowania życia, zdrowia lub bezpieczeństwa, przejazdu kolumny oraz zapewnienia bezpieczeństwa osobom objętym ochroną. Limuzyna z Bartoszem Kownackim nie jechała, by ratować ludzkie życie ani nie jechała w kolumnie. Okazuje się również, że sam Bartosz Kownacki, choć jest sekretarzem stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej, nie jest objęty ochroną Żandarmerii Wojskowej. Nie miał więc prawa do korzystania z przywilejów na drodze.

Żandarmeria Wojskowa, która zajęła się wyjaśnianiem kolizji z udziałem wiceministra, sprawę uznaje za zamkniętą, ponieważ kierowca przyjął mandat.

Wciąż zadaję sobie pytanie, jakie to obowiązki zmuszają rządzących do korzystania z przywilejów na drodze nawet przy przejeździe, który tego nie wymaga. Czy naprawdę zrozumienie, że nagminne korzystanie z przywilejów, które powinny być wykorzystywane wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych, może w końcu doprowadzić do poważniejszego wypadku, który nie zakończy się wyłącznie stłuczką? Fakt, że to już trzecia zniszczona limuzyna w ciągu trzech miesięcy, jest mniej istotny w obliczu, że rządzący, którzy uważają się za królów szos, narażają na niebezpieczeństwo tych, za których pieniądze mogą tymi królami być. I tylko można sobie westchnąć: ech, a taka piękna limuzyna była…

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

1 Komentarz

  1. Nic dodać nic ująć. Można rzec nawet, że to najlepsza charakterystyka rządów PiS. Zawsze gdzieś przypier***.

Komentowanie jest wyłączone.