Co zyskał pan Adrian?

REKLAMA

Przez ostatnie dwa dni prezydent Duda, satyrycznie przedstawiony przez serial „Ucho prezesa” jako Adrian, który antyszambruje w poczekalni Pana Prezesa, był głównym bohaterem doniesień medialnych.

Przedstawmy zatem w skrócie ciąg wydarzeń. PiS postanowił rzutem na taśmę, jeszcze przed wakacjami sejmowymi, po swojemu zreformować sądownictwo. Inaczej mówiąc wprowadzić zasady bolszewickie znane od czasów Rewolucji Październikowej. Partia rządzi, partia sądzi. Projektowane ustawy miały się zacząć od sądów powszechnych, gdzie nadprokurator Ziobro dostawał władzę mianowania prezesów sądów każdego szczebla i wpływania na pracę sądów przez możliwość przesuwania sędziów w obrębie różnych wydziałów. Następnym ruchem było podporządkowanie mu Krajowej Rady Sądownictwa, którą odtąd mieli wybierać politycy partii rządzącej, a krok trzeci to spacyfikowanie i podporządkowanie Sądu Najwyższego woli nadprokuratora. W tym usunięcie wszystkich dotychczasowych sędziów i tymczasowe wybranie na czas nieokreślony takich, których nadprokurator uzna za spolegliwych. Wszystkie trzy ustawy łamały konstytucję, ale tym PiS się specjalnie nie przejmował. Jednak tak bezczelne lekceważenie stanowionego prawa zbliżało Polskę już nawet nie do Węgier, ale do Turcji i Białorusi. Zareagowały zatem z niepokojem państwa sojusznicze, w tym Unia i USA. Pan Adrian próbował uratować sytuację, stwierdzając, że proponuje małą zmianę. Otóż sędziowie do KRS mieliby być wybierani większością 2/3 głosów, co oczyściłoby trochę atmosferę podejrzeń o ręczne sterowanie sądami przez partię Kaczyńskiego. Adrian domagał się również, by to prezydent, a nie nadprokurator decydował o wyborze sędziów i mianowaniu do Sądu Najwyższego. Jednak nadprokurator Ziobro Adriana nie lubi i wywalczył, aby go upokorzyć. Prezydent mógł mianować sędziów, ale tylko tych, których zarekomenduje mu Ziobro. Na dodatek w ferworze walki wspaniali przedstawiciele suwerena się zakałapućkali i w jednym paragrafie napisali, że to ma być 5 sędziów, a w innym, że trzech. W tej sytuacji Duda nie miał innego wyjścia, bo postawiono go pod ścianą. Zdecydował zawetować ustawę o KRS i SN pozostawiając bez zmian tę o sądach powszechnych, która zresztą dla doraźnych korzyści Kaczyńskiego jest najważniejsza. Da się bowiem skazywać opozycję mając odpowiednich sędziów nawet w sądach rejonowych. A przecież to główny cel Kaczelnika.

Adrian się postawił. Zawetował i nagle część naiwnych dziennikarzy w kraju i zagranicą zaczęła twierdzić, że uratował demokrację. Otóż niczego nie uratował. Nadal jest tylko Adrianem i prezes na pewno go nie przyjmie w swoim gabinecie. Zresztą kolejnych odcinków „Ucha prezesa” może już nie być. Życie przerosło wszelkie satyryczne scenariusze.

Podsumujmy. Co stracił Adrian? Prezes go może nie wystawić w następnych wyborach. A jeśli nawet, to żelazny elektorat PiS okrzyknął go właśnie zdrajcą dobrej zmiany. Szanse Adriana na dobrą prasę w tej grupie wyborców robią się marne. Może poprzeć go Gowin, ale każdy przy zdrowych zmysłach wie, że poparcie Gowina to jest jak pocałunek śmierci. W poczekalni prezesa tylko Wielki Jarek jest dalej od drzwi niż Adrian.
Czy protestujący przez ostatni tydzień ludzie przekonali się do pana Adriana po dwóch wetach? Czy będzie to ich kandydat na prezydenta w 2020 roku? Czy dzisiejsza opozycja od PO po PSL zjednoczy się pod sztandarami Dudy? Ta… jasne. Przeciwnicy PiS mogą przedstawić przynajmniej kilku kandydatów, którzy nie mają na swoim koncie rozwalenia Trybunału Konstytucyjnego i nocnych wizyt na Nowogrodzkiej. Jednym słowem Adrian naraził się prezesowi, niczego nie uratował, a tylko odsunął w czasie bolszewickie zakusy PiS, a na dodatek zmniejszył swe szanse na dalszą polityczną karierę. Jest już politycznym trupem, choć o tym nie wie. Po roku 2020 nie wystąpi już w „Uchu prezesa”.

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie