Mój kapitanie

REKLAMA

Wiem, dziś nikt tego czytał nie będzie, bo wszyscy pucują buty na kolejną manifestację. Ale mimo to napiszę kilka refleksji, które cisną mi się na myśl. W ciągu kilku ostatnich dni, w naszych rozmowach często pojawia się postać Lecha Wałęsy. To zainteresowanie jest po pierwsze, z powodu reakcji publiki na pojawienie się Pana Prezydenta na przemówieniu Trumpa i po drugie, jego solidarności z uczestnikami dzisiejszego protestu.
Jest pewna trudność w tych dyskusjach, ponieważ większość dyskutantów całkowicie nie ma pojęcia o czasach komunistycznych, a swą wiedzę czerpie w bardzo ograniczonym zakresie z jednostronnych źródeł.

Dość mnie śmieszą niektóre komentarze. Pomijam i odrzucam od razu trolli, którzy wszystko wiedzą najlepiej, bo im pracodawca napisał, co mówić. Ale i wśród uczciwych komentatorów zdarza się wiele osób, udających dostęp do tajnych dokumentów lub jakby swoją wiedzę czerpali od kogoś, kto ten dostęp posiada. Zazwyczaj są to ludzie bardzo młodzi, dla których wojna, reżim, uzależnienie od Rosji i wszelkie inne ekstremalne sytuacje, są równoważne z grą komputerową. Oczywiście, w grze łatwo jest być bohaterem, atakować wroga z pełnym impetem i odwagą i nigdy się nie złamać. Ale w realu nie ma się kilku żyć, ani nie można zacząć grać w tę samą grę od nowa. Poza tym, nie wybieramy sobie warunków, w jakich chcemy swoje życie rozgrywać. Łatwo jest oceniać i poniżać człowieka, kiedy się widzi świat czarno-białym. Ale dorosły człowiek wie, że nie ma ani jednoznacznych, ani prostych odpowiedzi. Czasów stalinowskich nie pamiętam, a więc staram się nie wypowiadać o nich w sposób zdecydowany. Słabo pamiętam Gomułkę i w zasadzie pozostawił w moim mózgu przykre wspomnienie faceta, który godzinami przemawiał o czymś, czego nie rozumiałam, i upierdliwie opóźniał oglądanie „Czterech pancernych”, czy co tam akurat było na topie. Moja świadoma komuna zaczęła się od Gierka i nie mam żadnego powodu, by źle wspominać tamte czasy. Nikt nam nie zabraniał mówić po polsku, nikt nam nie zabraniał mówić, co się myśli, a w kinach oglądaliśmy większość światowych hitów. Normalnie uczyliśmy się religii i chodziliśmy do kościoła. Miałam szczęście, okres gierkowski był chyba najszczęśliwszym w dziejach komunistycznej Polski. Może bardzo bogato nie było, ale za to był darmowy, wręcz przymusowy, dostęp do kultury masowej i wcale nie była to tylko kultura wschodu. Przypomnijmy sobie np. festiwal piosenki w Sopocie, gdzie przyjeżdżali artyści z całego świata. I o dziwo, nikt ich nie zmuszał do śpiewania piosenki radzieckiej. Wręcz przeciwnie, obowiązkowa była piosenka polska, którą artyści z całego świata często włączyli do swego repertuaru na stałe, co przyczyniało się do szerzenia polskich utworów na świecie. Niestety, czego nie rozumieją współczesne pokolenia, ten komunizm z ludzką twarzą miał możliwość zaistnieć tylko dzięki zastrzykowi pieniędzy pożyczonych za granicą. Dobrobyt (pojęcie względne) przetrwał 10 lat, to i tak dużo, jak na ten styl rządzenia. A potem, różne zbiegi okoliczności plus nadchodząca nieuchronnie katastrofa gospodarcza, zaowocowały przyspawaniem wagonów z żywnością, mknących radośnie do ZSRR, by zapewnić dostatek odbywającej się w Moskwie Olimpiadzie.

Ja jestem pełna szacunku dla Polaków, którzy przeżyli ten okres między wojną a rokiem 1989 i nie zgłupieli. Może szczęściem jest to, że nie było w tamtych czasach internetu. Ludzie byli ogłupiani wyłącznie radiem, telewizją i gazetami, ale mieli też więcej czasu na czytanie książek i na rozmawianie z innymi. Dziś, gdyby się całkowicie odciąć od wolnych mediów, skupić tylko na prawicowych i tylko prawicowe media obserwować w internecie, po 2 tygodniach nasza osobowość zaczęłaby skręcać w bardzo niebezpiecznym kierunku.

A wracając do komentarzy, które głównie skupiają się na tym, czy Lech Wałęsa współpracował z SB, czy nie… Też trzeba mieć trochę pojęcie o tamtych czasach.
Nie potrzeba mieć dostępu do akt IPN. Rzeczywistość była taka, że prawie każdy, kto chciał wyjechać za granicę, musiał ten świstek podpisać. Aktorzy, muzycy, sportowcy, naukowcy, a także zwykli turyści… Nie mówię, że wszyscy, ale większość nie miałaby szans na jakiekolwiek kariery, gdyby nie ten świstek. Nie miało to nic wspólnego z jakąkolwiek współpracą, zdradą, donosicielstwem czy czymś podobnym. Po prostu ludzie chcieli żyć. I w końcowym efekcie dawało to nawet pozytywne rezultaty, bo osoby te wracały z bagażem doświadczeń, często z bakcylem wolności.

Dlaczego mówię, że te naiwne komentarze mnie śmieszą? Tak, śmieszy mnie, kiedy się ktoś na wszystkie świętości przysięga, że on by nigdy niczego takiego nie podpisał…

Łatwo jest to mówić dziś, ale gwarantuję Ci, jeden z drugim bohaterze, gdybyś miał w domu trójkę dzieci, gdyby groził im (nie Tobie) głód, zimno, prześladowania i represje, gwarantuję Ci – podpisałbyś wszystko i jeszcze gorzej! (oczywiście, jeśli nie jesteś bezduszną psychopatyczna kurwą). Nikt z nas nie jest w stanie dokładnie określić wytrzymałości swego organizmu, odporności na tortury i strach, tym bardziej, kiedy dotyczy on naszych bliskich.

Pamiętacie, był kiedyś taki film, którego tytułu niestety nie pamiętam, a który opowiadał o młodym, zdrowym człowieku, który utknął w skale i odciął sobie rękę i nogę, by się wydostać i uratować życie… Poczytajcie także o zachowaniach ludzi, próbujących przeżyć w obozach koncentracyjnych. W normalnym życiu łatwo jest być uczciwym i dobrym, ale w sytuacjach ekstremalnych, najsilniejszy jest instynkt samozachowawczy, który broni nas i nasze potomstwo.

Dziwię się, że ludzie tak łatwo osądzają innych pomimo, że nauczamy ich, by nie sadzili, to nie będą sadzeni…
Dziś ujawnia się teczki tylko tych osób, które są niewygodne. A ile z takich teczek zostało zniszczonych… Czy pamiętacie, ile dokumentów PiS wywiózł w tajemnicy z Pałacu Prezydenckiego po katastrofie smoleńskiej? Dlaczego to robił i czyje teczki znajdowały się wśród tych dokumentów, odpowiedzcie sobie sami. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy na pewno.

Niestety, informacja o chorobie Wałęsy, stawiająca pod znakiem zapytania jego uczestnictwo w proteście, wyzwoliła w komentatorach nowe emocje…
Boluś, gdzie jesteś stoczniowcy oraz taczka czekają…
Niech zdycha, o jednego esbeka mniej…
Zesrał się w portki przed miesięcznicą…
Jak zwykle stchórzył…
Wieczny odpoczynek racz mu dać panie…

Tak, tak Polacy, to cytaty z waszych komentarzy. Tak mówicie o starym, schorowanym człowieku, stojącym na końcu swej życiowej drogi, któremu sytuacja polityczna nie pozwala spokojnie dożyć swoich dni.
To śmieszne, ale to Jemu (chociaż byłoby niesprawiedliwe powiedzieć, że tylko Jemu) zawdzięczacie to, że możecie dziś pluć na kogo chcecie i te bzdury wypisywać. To tak niewiele, a zarazem wszystko. Bo kiedy mamy wolność, to wszystko inne jest o połowę łatwiejsze do zdobycia.

Kiedy napisałam, że 10 lipca, wszyscy będziemy Lechem Wałęsą, także do mnie posypały się komentarze…
To ilu was, zdrajców i esbeków tam będzie?

No cóż Polacy, co ja mogę dodać do waszych niezwykle ambitnych wypowiedzi… Może tylko skromnie przypomnę, że wasze słowa świadczą o waszej kulturze, nie o mojej…
W telewizji szeroko komentują dzisiejsze nocne działania służb. Krakowskie Przedmieście zostało ogrodzone metalowymi barierkami, jak średniowieczna twierdza. W głowie rodzą się pytania, na które nie ma odpowiedzi…
Czy to my będziemy w wielkiej klatce, czy oni w małej? Dlaczego władza tak bardzo obawia się Suwerena? Czy to już jest stan wojenny, lub mentalna wojna domowa? Po tylu latach, po upadku muru berlińskiego, Kaczyński postawi nowy między prawdziwą Polską a tą, którą śni?

Pytania, pytania, pytania… a tymczasem wiele osób podejmuje decyzje w ostatniej chwili…
Zastanawiałem się, czy to jest właściwe, ale podjąłem decyzje! Jadę do Warszawy!
Tak, dziś każdy z nas, aresztowany na Krakowskim Przedmieściu i pytany o nazwisko, powinien powiedzieć, że zapomniał dokumentów, ale nazywa się Lech Wałęsa…

A ja zwrócę się znowu do literatury… Czy pamiętacie finałową scenę z książki i filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, kiedy to uczniowie wchodzą na stoły oddając hołd swemu nauczycielowi? Każdy, kto podjął dziś decyzję o uczestnictwie w proteście, wykonał taki gest. Zrozumiał chyba, że przychodzi taki moment, kiedy nie można już być obojętnym, tylko trzeba opowiedzieć się po właściwej stronie, niezależnie od ryzyka i ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić.

A więc… Lechu, Mój Kapitanie! Włażę na ten stół i składam Ci pokłon i nie zejdę, dopóki nie wróci do Polski demokracja i poszanowanie prawa. Przysięgam!!!

Mój kapitanie
7/4.7

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

1 Komentarz

  1. Pani Urszulo, czy umie Pani czytać w cudzych myślach? Pewnie nawet Pani nie wiedziała, że to potrafi!… Podpisuję się oburącz pod każdym słowem! Mamy bardzo zbliżoną ocenę tego, co się dzieje, dziękuję Pani za wyręczenie mnie w nazwaniu rzeczy po imieniu! Stoję obok Pani na tym stole…
    Serdecznie pozdrawiam!

Komentowanie jest wyłączone.