Kłamstwo Smoleńskie, czyli jak Kaczyńskiemu z nieba spadł substytut programu wyborczego

REKLAMA

Dużymi krokami zbliża się siódma rocznica katastrofy Tu-154 w Smoleńsku. Druga pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, więc zapewne zostanie uczczona z odpowiednim patosem i honorami. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by umniejszać ogrom tragedii, jaka 10 kwietnia 2010 roku spadła na polski naród. Była to nie tylko tragedia dla Polski, ale wiązał się z nią dramat ponad dziewięćdziesięciu rodzin, które pomimo upływu lat nadal są uwikłane w grę Smoleńskiem, którą już niemal od pierwszego dnia po katastrofie rozpoczęło PiS. Od informacji, że ówczesny premier, Donald Tusk, ścigał się z Jarosławem Kaczyńskim do Smoleńska i kazał opóźniać konwój z prezesem PiS.

PiS umiejętnie zaczęło sączyć jad, zatruwający polskie społeczeństwo. Podważało niemal wszystkie decyzje rządu, oskarżając go o uległość wobec Rosji, a nawet zarzucając zdradę stanu. To, co powinno zjednoczyć Polaków, przyczyniło się do pogłębiania podziału między zwykłymi obywatelami. Przez wiele tygodni pod Pałacem Prezydenckim rozgrywały się dantejskie sceny, związane z drewnianym krzyżem, który 15 kwietnia 2010 roku postawili harcerze dla uczczenia pamięci ofiar katastrofy. Dziś trudno wyobrazić sobie, że spór o krzyż trwał aż do połowy września. Jego przeniesienie do pobliskiego kościoła utrudniała grupa zwolenników, która nawoływała do pozostawienia go przed Pałacem Prezydenckim i pełniąca przy nim warty honorowe. Tzw. obrońców krzyża popierali posłowie Prawa i Sprawiedliwości. W początkach sierpnia przeprowadzoną nieudaną próbę przeniesienia krzyża – nie tylko nieudaną, ale odbywającą się w atmosferze histerii, szarpaniny i przepychanek obrońców krzyża ze strażą miejską i oficerami BOR-u. To zapoczątkowało szereg manifestacji zarówno ze strony przeciwników, jak i zwolenników pozostawienia krzyża w miejscu, w którym postawili go harcerze. Pierwsi uczynili go symbolem pamięci, patriotyzmu i wiary, drudzy starali się obracać tę absurdalną sytuację w żart. Ostatecznie krzyż przeniesiono do kościoła św. Anny. Sprawa krzyża podzieliła nie tylko środowisko polityczne, ale również uwypukliła różnice między polskim społeczeństwem i zapoczątkowała trwającą już siedem lat dyskusję o należytym upamiętnieniu ofiar lotu Tu-154.

10 maja, a więc miesiąc po katastrofie smoleńskiej, pod Pałacem Prezydenckim pojawiła się delegacja posłów PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele i złożyła wieniec pod stojącym tam krzyżem. Tego dnia narodził się swoisty kult smoleński, określany również mianem religii smoleńskiej. Każdego 10 dnia każdego miesiąca po porannej mszy posłowie PiS składali wieniec pod Pałacem Prezydenckim, a wieczorem pojawiali się w tym miejscu zwolennicy partii, by wysłuchać przemówienia Jarosława Kaczyńskiego, który nawoływał do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej i ukarania winnych oraz do należytego upamiętnienia ofiar katastrofy ze szczególnym uwzględnieniem pamięci Lecha Kaczyńskiego. W przemowach tych niewiele jednak było słów o pamięci tych, którzy zginęli. Coraz częściej padały słowa oskarżeń pod adresem ówczesnego rządu i coraz częściej mówiono o tym, że katastrofa była wynikiem zamachu. Coraz częściej pod pałacem zbierali się również przeciwnicy teorii zamachu, przekrzykując się z jej zwolennikami i starając się zagłuszyć przemawiającego prezesa PiS.

Kilka dni po katastrofie w Smoleńsku rozpoczęło się śledztwo, a swoje badania zaczęła przeprowadzać Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. W rezultacie przygotowano dość szczegółowy protokół, z którego wynikało, że przyczyną katastrofy były przede wszystkim błędne decyzje pilotów, którzy nie powinni lądować w tak niesprzyjających warunkach atmosferycznych. Wyniki badań komisji były nieustannie negowane przez posłów PiS i część rodzin ofiar katastrofy, głównie powiązanych z Prawem i Sprawiedliwością. 8 lipca 2010 roku został powołany Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku, którego przewodniczącym został Antoni Macierewicz. Jego szeregi zasilili eksperci, którzy w październiku 2013 roku przedstawili wyniki swoich badań, z których jednoznacznie wynikało, że w Smoleńsku dokonano zamachu. Wnioski te zostały oparte na szeregu eksperymentów. Dowodem na zamach miały być pękające na skutek gotowania parówki, zniszczone pod wpływem uderzenia motkiem puszki po piwie i imitacja odgłosu (piiii bziuuuu), z jakim skrzydło samolotu powinno uderzyć w brzozę. Pojawiła się również teoria o sztucznej mgle i śladach materiałów wybuchowych na szczątkach samolotu. Dowody absurdalne, ale wystarczające do przekonania zwolenników teorii o zamachu. Cóż, eksperci Macierewicza nie mieli odpowiednich kwalifikacji, ale każdy z nich zapewne choć raz leciał samolotem i to upoważniało go do zyskania statusu eksperta.

Przepychanki smoleńskie trwały przez kolejne lata. Prawo i Sprawiedliwość zarzucało rządowi nieudolność, liczne błędy w śledztwie, niemoc w odzyskaniu wraku samolotu i nie przyjmowało do wiadomości ustaleń Komisji Państwowej. Miesięcznice trwały, Antoni Macierewicz był w swoim żywiole, głosząc teorię o zamachu. Miesięcznice coraz bardziej dzieliły społeczeństwo i coraz bardziej oddalały się od upamiętnienia pamięci tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku, zamieniając się w polityczny wiec.

W roku 2015 Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy. Niemal natychmiast zanegowało ustalenia Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, powołując nowa Komisję Smoleńską i rozpoczynając na nowo ustalanie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Zapadła decyzja o ekshumacji niemal wszystkich ofiar katastrofy pomimo sprzeciwu wielu rodzin i części społeczeństwa. Pomimo obietnic, po kilkunastu miesiącach nie udało się odzyskać wraku Tu-154, który nadal jest zakładnikiem Rosjan. Miesięcznice odbywają się każdego 10 dnia każdego miesiąca w gęstniejącej atmosferze przeciwników już nie tylko teorii o zamachu, ale przede wszystkim sposobu, w jakim Prawo i Sprawiedliwość rządzi Polską. Z usta Jarosława Kaczyńskiego padają coraz ostrzejsze słowa, wymierzone w przeciwników rządu. Co miesiąc słyszymy to samo – jesteśmy coraz bliżej prawdy, winni zostaną ukarani, nikt nas nie zatrzyma, przeciw nam są zdrajcy ojczyzny, którzy nie potrafią pogodzić się z utratą władzy. Brakuje tylko hasła „śmierć wrogom narodu polskiego”. Co miesiąc słyszymy zapewnienia, że już niebawem ofiary katastrofy zostaną odpowiednio upamiętnione dwoma pomnikami, które mają stanąć przed Pałacem Prezydenckim. Najwyraźniej PiS nie jest jeszcze wszechwładne, skoro po tylu miesiącach od przejęcia władzy w Polsce pomniki jeszcze nie stanęły, a winni nie zostali ukarani.

Przez siedem lat byłam i nadal jestem biernym obserwatorem tego, w jaki sposób rodziła się religia smoleńska. Nie umniejszam ogromu tej tragedii, ale od początku było wiadome, że katastrofa Tu-154 została umiejętnie wykorzystana przez Prawo i Sprawiedliwość do uzyskania jak największego poparcia wyborców. Skutkiem ubocznym i coraz bardziej uwidaczniającym się jest podział polskiego społeczeństwa, ale to najwyraźniej niewielka cena, jaką my, naród, zapłacimy za to, że PiS dorwało się do władzy. Pis nie bierze pod uwagę tego, jak bardzo niszczy to, co powinno stanowić podstawy każdego społeczeństwa. Poczucie jedności narodowej. Polacy są skłóceni wewnętrznie, podzieleni, a to czyni nas słabymi. Brak jedności w narodzie jest na rękę Prawu i Sprawiedliwości. Cynicznie można stwierdzić, że katastrofa smoleńska była czymś w rodzaju daru losu dla partii, która przez osiem lat przegrywała wybory i nie była w stanie odbić się od dna. Wypłynęła dopiero na tragedii narodowej, na śmierci 96 osób, wykorzystując ją do manipulacji politycznej. Nie trzeba być wybitnie inteligentnym, by to dostrzec. Jak jednak kultywowanie przez 80 miesięcy religii smoleńskiej świadczy o jej zwolennikach, o ich zaślepieniu i nieumiejętności dostrzeżenia tego, co dla wielu jest oczywiste.

Może przekonają ich słowa Antoniego Macierewicza, głównego głosiciela teorii zamachu, który w rozmowie z byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, generałem Piotrem Pytelem, powiedział: przecież pan jest inteligentnym człowiekiem, pan sobie zdaje sprawę w sposób oczywisty, że zamach smoleński to tylko narzędzie polityczne. Wynika z nich, że główny zwolennik teorii zamachu w Smoleńsku, inicjator Apeli Smoleńskich i pierwszy szaleniec RP tak naprawdę nie wierzy w zamach, tylko wykorzystuje go w sposób cyniczny i wyrachowany do prowadzenia polityki Prawa i Sprawiedliwości. Najwyraźniej zdobycie władzy za wszelką cenę nie bierze pod uwagę dramatu rodzin ofiar i pogłębiającej się przepaści między społeczeństwem. I tylko Polski i Polaków żal.

Kłamstwo Smoleńskie, czyli jak Kaczyńskiemu z nieba spadł substytut programu wyborczego
6/4.5

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie

3 Komentarze

  1. Niby to wszystko wiemy, niby to jest jasne od miesięcy i lat, ale zestawienie faktów robi piorunujące wrażenie.

  2. Teraz Pytel jest pod ostrzałem, ponoć postawili mu zarzuty karne za rzekomą współpracę z FSB. I nagle każdy pisowy gada, że „wy wykorzystujecie jako autorytet człowieka, który współpracował z rosyjskimi służbami specjalnymi”. Jakim sposobem gen. Pytel przy takim kalibrze zarzutów nadal chodzi na wolności i mówi co chce, buk raczy wiedzieć. Niezbyt to spójne i trąci próbą zdyskredytowania człowieka, który jest niewygodny, bo wie za dużo.

  3. Sztuczna mgła, hel, broń magnetyczna, ….
    Wybuch w kokpicie, trzy wybuchy na skrzydłach, ….
    Trzy osoby przeżyły i zostały dobite z pistoletu – słyszano wystrzały z tej broni zaraz po katastrofie.
    Brzoza powinna być ścięta przez skrzydło samolotu bez negatywnego skutku dla skrzydła.
    Badania na parówkach oraz puszkach po piwie wskazują dobitnie, że wybuch nastąpił w powietrzu. Brak śladów wybuchu na szczątkach samolotu oraz ciałach ofiar wcale nie przeczy faktowi jego zaistnienia.

    Co robi, działająca od roku komisja Macierewicza? Jakie są jej osiągnięcia poza braniem sporych uposażeń???

Komentowanie jest wyłączone.