Z drogi śledzie, bo rząd jedzie, czyli kilka słów o świętych krowach polskich szos

REKLAMA

Od kilku dni suweren żyje informacjami o stanie zdrowia Pani Premier, która w piątkowy wieczór uległa wypadkowi. Dla rządu PiS jest to zbieg okoliczności dość niefortunny, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze nie przebrzmiały echa kolizji drogowej pod Toruniem z udziałem Antoniego Macierewicza. Jeśli do tego doda się ubiegłoroczny wypadek Andrzeja Dudy, to wyłania się obraz niezbyt przychylny dla rządu, który nie potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo.

Dla przypomnienia… W marcu 2016 roku doszło do incydentu drogowego z udziałem limuzyny, w której jechał prezydent Andrzej Duda. Wypadek sam w sobie nie przyniósł większych szkód, lecz stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa głowy państwa i innych uczestników ruchu drogowego. Dość szybko ustalono, że jego przyczyną była uszkodzona i wycofana z użytku opona. Wyjazd był zaplanowany i dość pilny, a że nie było nowych opon, to tę uszkodzoną i przeznaczoną już do utylizacji wyciągnięto z magazynu i założono ponownie na koło. Szybkość, z jaką jechał samochód, zrobiła swoje i w trakcie jazdy opona strzeliła, a limuzyna wraz z bezcenną zawartością wylądowała w rowie. Tylko dzięki zimnej krwi kierowcy, który jednak wcześniej zlekceważył informacje komputera o problemach z ciśnieniem powietrza w oponie, auto nie dachowało, tylko w miarę bezpiecznie stoczyło się do rowu. Kwestia przekroczenia prędkości, wynikająca z godzinnego opóźnienia, to już inna bajka.

Reszta roku 2016 minęła bez większych kraks, choć nie wiadomo, jak zakończyłaby się sytuacja z 5 grudnia, kiedy to delegacja rządu polskiego chciała wracać z Londynu do Polski przeciążonym samolotem. Na szczęście kapitan odmówił lotu i część pasażerów wróciła do kraju wojskową Casą.

Początek roku nie był szczęśliwy dla Antoniego Macierewicza. 26 stycznia Minister Obrony Narodowej gościł w toruńskiej Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej ojca Tadeusza Rydzyka, a że wieczorem odbywała się gala tygodnika „wSieci”, podczas której prezes Jarosław Kaczyński miał odebrać nagrodę „Człowieka Wolności”, podróż powrotna musiała odbyć się niemal ekspresowo. W okolicach Lubicza Dolnego samochody z kolumny rządowej uderzyły w stojące na świetle auta. Zniszczeniu uległy dwa luksusowe BMW, które rząd zakupił kilka miesięcy wcześniej. W jednym z nich jechał minister, lecz nie doznał uszczerbku na zdrowiu i nie wykazując najmniejszego zainteresowania innymi uczestnikami kolizji (najprościej mówiąc suwerenem), przesiadł się do innego pojazdu i ruszył w dalszą drogę, przybywając do Warszawy na czas. Śledztwem zajęła się podległa MON Żandarmeria Wojskowa, zakwalifikowując zdarzenie jako kolizję. Przyczyną miały być złe warunki pogodowe. Antoni Macierewicz twierdzi, że kierowca nie ponosi winy, ponieważ to pojazd jadący za limuzyną, uderzył w nią i popchnął na stojące przed nią auta.

Zaledwie dwa tygodnie później doszło do kolejnego wypadku, tym razem w okolicach Oświęcimia, z udziałem premier polskiego rządu. Na dziś jest zbyt wiele niejasności, by jednoznacznie stwierdzić, po której stronie leży wina. Wiadomo, że pojazd otwierający kolumnę rządową nieco odłączył się od niej, pozostawiając wolną przestrzeń, w którą wjechał młody, bo zaledwie 21-letni kierowca. Chłopak przepuścił pierwszy pojazd i nie widząc kolejnych, zaczął wykonywać manewr skrętu w lewo. W tym czasie nadjechała limuzyna, wioząca premier i ocierając się o bok auta młodego kierowcy, wjechała prosto w pobliskie drzewo, wyprzedzając dodatkowo na linii ciągłej. Nagrania potwierdzają, że kolumna rządowa jechała na sygnałach świetlnych. Są jednak pewne sprzeczności, co do tego, czy używała również sygnałów dźwiękowych. Jeśli ich nie było, nie poruszała się na drogach zgodnie z zasadami pojazdów uprzywilejowanych.

I tu zaczyna się robić niewesoło. Następnego dnia po wypadku media obiegła informacja, że kierowca fiata przyznał się do winy. Dopiero po kilku dniach okazało się, że nie został on nawet przebadany po zderzeniu z rządową limuzyną, nie był przesłuchiwany w obecności adwokata i do niczego się nie przyznał. MSWiA twierdzi, że pojazdy BOR były prawidłowo oznakowane i poruszały się z prędkością około 50 km na godzinę. Premier nie doznała większego uszczerbku na zdrowiu, lecz nadal przebywa w szpitalu i jest poddawana rehabilitacji. Na młodego kierowcę zaczęła się rządowa nagonka. Minister Błaszczak z uporem twierdzi, że przyznał się do winy, używając wobec niego stwierdzenia „młodociany kierowca”. Można uznać to za celową manipulację, nasuwającą skojarzenia z młodocianym przestępcą. Głos zabrał również sam prezes Kaczyński, mówiąc, co prawda, o nieszczęśliwym przypadku, ale jednoznacznie wskazując na winę kierowcy fiata. Pomoc chłopakowi zaoferowała opozycja, co również nie uszło uwadze prezesa PiS. Według niego wsparcie opozycji jest czymś więcej niż nadużyciem i może być nawet postrzegane jako wezwanie do tego, by takie zdarzenia miały „charakter nieprzypadkowy”. Można jedynie domyślać się, że prezes miał na myśli zamachy na rząd. Albo ja źle go zrozumiałam. W społeczeństwie natomiast zawrzało. Wielu widzi, że rząd i BOR chce przerzucić odpowiedzialność za wypadek na młodego kierowcę, choć śledztwo w tej sprawie dopiero się rozpoczęło. Minister Błaszczak nawet wyraził zdziwienie, że adwokat chłopaka chce podważać zarzuty prokuratury.

Będąc sprawiedliwą, muszę zaznaczyć, że wypadki z udziałem BOR nie mają miejsca wyłącznie za czasów rządu Prawa i Sprawiedliwości. W 2014 roku miał miejsce wypadek z udziałem prezydenta Komorowskiego. Wówczas BOR chciał winą obarczyć kobietę, która wracała samochodem do domu z dzieckiem. To właśnie w jej auto wjechała limuzyna, wioząca prezydenta. Sprawa ciągnęła się przez dwa lata, lecz kobieta ostatecznie została uniewinniona.

Co łączy te wszystkie zdarzenia z udziałem pojazdów rządowych? Brawura. Nieprzestrzeganie przepisów drogowych. Nadużywanie przywilejów. Brak liczenia się z innymi uczestnikami ruchu drogowego. I niewątpliwie błędy, jakie Biuro Ochrony Rządu popełnia nie tylko przy samej organizacji przejazdu kolumn rządowych, ale również w trakcie. Wszystkie wymienione tu zdarzenia nie wymagały szczególnego uprzywilejowania, nie wiązały się z bezpieczeństwem kraju czy sprawami wagi państwowej. Prezydent Duda jechał w góry w celach wypoczynkowych. Antoni Macierewicz jechał na prywatną galę z prywatnej wizyty w szkole ojca Rydzyka. Premier udawała się do domu na weekend. Czy naprawdę sprawy te były aż tak pilne, by samochody musiały pędzić, łamiąc przepisy i narażając życie zwykłych obywateli, którzy znaleźli się na trasie ich przejazdu? Czy przywileje, jakie niesie ze sobą władza, muszą być wykorzystywane przy każdej okazji? Czy naprawdę kolumny rządowe muszą zyskiwać status „świętych krów”, którym z drogi muszą ustępować wszyscy? Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nikt do tej pory nie zginął. Lecz po trzech zdarzeniach w przeciągu roku wypadałoby w końcu wyciągnąć odpowiednie wnioski. Może nadszedł czas, by uświadomić sobie, że prywatne przejazdy przedstawicieli rządu nie wymagają wykorzystywania wszystkich przywilejów. Polacy dzięki temu będą czuli się bezpieczni, bez konieczności wypatrywania rządowych kolumn na trasie swych zwyczajnych, „suwerenowych” przejazdów w drodze do domu, do pracy czy z wizytą u krewnych.

Jedno jest pewne… rządowi nie uda się zamieść pod dywan wypadku, w którym uczestniczyła premier. Udało się naciągnąć nieco fakty w przypadku Antoniego Macierewicza. Tym razem jednak oburzony suweren nie da wcisnąć sobie ciemnoty i coraz więcej osób staje po stronie młodego kierowcy. Ciąg dalszy nastąpi…

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

2 Komentarze

  1. Uważam, że samochody służbowe z obstawą powinny przysługiwać jedynie nielicznym, wybranym VIP-om i wyłącznie w czasie wykonywania czynności służbowych. Wszelkie podróże prywatne – na narty, do „nadprymasa” Rydzyka, na zakupy, czy na weekend do domu powinny być realizowane za własne pieniądze i własnym, przez siebie zorganizowanym transportem. Najwyższa pora skończyć z tym szczególnym uprzywilejowaniem kasty rządzącej, specjalizującej się w rozbijaniu drogich, państwowych limuzyn jak również samochodów szarych ludzi z racji zatracenia jakichkolwiek granic przyzwoitości i z racji poruszania się nimi z gracją małpy wyposażonej w brzytwę.
    Wracając do wypadku premier Szydło należy sprawdzić, czy to przypadkiem drzewo nie uderzyło w jej samochód a jeśli tak, to osądzić, wydać wyrok i ściąć to draństwo.
    Ja tylko pozornie żartuję z tym drzewem. Jeśli stojące na czerwonym świetle samochody najechały na kolumnę Antka, to i drzewo mogło się zbiesić.

Komentowanie jest wyłączone.