Resortowa żona?

REKLAMA

Kilka lat temu tygodnik „Nie” podał, że żona Antoniego Macierewicza była współpracowniczką Służby Bezpieczeństwa. Zainteresowano się nią w roku 1973, gdy pracowała ona w Instytucie Badań Literackich PAN. Oficerowie SB spotykali się z nią do 1975 roku.
Pismo Jerzego Urbana twierdziło, że „żona Antoniego Macierewicza została zarejestrowana w aktach SB pod sygnaturą I/12367. Rzymska jedynka oznaczała źródło ważnych dla SB informacji.” Nie ma jednak żadnych dowodów, że pobierała za to wynagrodzenie. Cała sprawa jest pełna niejasności. Pojawiły się nawet interpretacje, że być może próbowała ratować męża.
Hanna Świda-Ziemba, działająca również w opozycji w czasach PRL w wywiadzie z 2007 roku, udzielonym „Dziennikowi” wspomniała o epizodzie gdy esbecy pokazali jej (w celu być może zmiękczenia) zeznania podpisane przez Antoniego Macierewicza. Sam zainteresowany nigdy się do tego nie odniósł. Ewentualne dokumenty zniknęły, więc nie wiadomo, czy było to coś z oryginalnym podpisem, czy może fałszywka.
Do sprawy wrócił później poseł Artur Dębski z partii Twój Ruch. Oficjalnie zadał pytania w związku z tą sprawą, lecz Antoni Macierewicz nie odniósł się rzeczowo do zarzutów.
Jeśli przyjąć logikę stosowaną przez Zbigniewa Ziobrę, to brak dowodów jest najlepszym dowodem, że dowody zniszczono. Kto je zniszczył?
Jedna z najważniejszych dziś osób w państwie ma niewyjaśnione tajemnicze sprawy związane z SB. Nie wiadomo, co łączyło jego żonę z SB, czy faktycznie współpracowała, czy nie. Może należałoby to wyjaśnić?

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.