Mój ostatni dzwonek

REKLAMA

Pamiętam tamten sierpień. Nowa szkoła w wielkim mieście, mieszkanie na pokoju bardzo daleko do tej szkoły. Na pewno z 7, 8 kilometrów, a ja z dworca głównego z walizkami na piechotę. W mieście nie działało nic, nie jeździły tramwaje i autobusy, podziemne tunele oblepione były ulotkami, z których tacy ludzie, jak ja, wyruszający z małych miast i wsi, dowiadywali się o tym, czego w telewizji nikt nie mówił. Pamiętam tamten zapach nocnego miasta i zbliżającej się porannymi mgłami jesieni. Takie mam wspomnienia, z perspektywy czasu dość przerażające, bo i moja prywatna droga zaczynała się jakby od nowa, ale i świat, który zastałam był zupełnie inny. Dzieciństwo się skończyło, zgasło, jak wypalona świeca.

Z radością przyjęłam fakt, że władza komunistyczna dogadała się z Solidarnością. Dla mnie oznaczało to przede wszystkim tyle, że 1 września mogłam pojechać do szkoły autobusem, a nie musiałam iść przez pół miasta na piechotę. Dopiero potem przekonaliśmy się, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczęły. Strajki wcale nie ustały na dobre. Rząd podpisał porozumienie, ale było to ustępstwo pozorowane. Cofnęli się, by uśpić protestujących i by zyskać trochę czasu. Typowy zabieg, który charakteryzuje także PIS. Myślę, że nie zdawali sobie sprawy, że gdzieś w gwiazdach wszystko jest już przesądzone, że nie ma co przesuwać wyroku o miesiąc, czy dwa. Ludzie nie dali się uśpić, nadal strajkowali. Na ulicach oddziały milicji spychały ludzi i zmuszały do ucieczki. Bili gumowymi pałkami w wielkie metalowe tarcze przypominając średniowiecznych rycerzy. W ciągu tego roku dwa razy widziałam Wałęsę. Przemawiał na balkonie jednej ze starych kamienic. Miał na sobie kufajkę. Ale nie były to płomienne przemówienia, lecz raczej żarty z milicjantów przemykających się przez tłum. Ludzie słuchali w milczeniu, nawet nie klaskali. Panowała atmosfera strachu. Tak, Wałęsa był wtedy numerem jeden, dla jednych wrogiem, dla innych bohaterem, a o Kaczyńskich nikt nie słyszał…

Byłam bardzo daleko od domu i jako osobie mieszkającej w prywatnej kwaterze, nie przysługiwały mi obiady w internacie. A sklepy były puste. Pamiętam smak napoju o nazwie cytroneta i jedynego dostępnego produktu do smarowania chleba, czyli serka topionego. Pamiętam obrzydliwy smak herbaty słodzonej landrynkami, kiedy brakło cukru. A kiedy głód naprawdę zaatakował, zawsze zostawała tak zwana buda z hot dogami, hot dogami komunistami, czyli takimi bez parówki, ale z pieczarkami i cebulą. Smak nie do powtórzenia. Koledzy, którzy mieszkali z rodzicami, przynosili do szkoły kanapki z kiełbasą i z lubością ściągali i wyrzucali flak, a nam przyjezdnym, z daleka od mamy, pozostawało tylko połykać ślinę. Gdybym się nie wstydziła, poprosiłbym wtedy o ten flak, tak bardzo tęskniłam za kiełbasą. Wtedy jeszcze chodziłam do kościoła, który był jeszcze z ludźmi. Dopiero stan wojenny odepchnął mnie od wiary, bo w kościołach zamiast mszy odbywały się wiece. Kościół, który nagle stracił nadzieję na szybkie zwycięstwo Solidarności i związane z tym przywileje, wił się, jak dzikie zwierze. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w kościele miecz nienawiści, który zadawał ciosy na ślepo, winny, czy nie winny…

Teraz kościół zdradził nawet Wałęsę. Okazało się, że zawsze był fałszywym przyjacielem. Raczej nie z tych przyjaciół, którzy zawsze podadzą rękę i których poznaje się w biedzie.

Życie… dopiero patrząc wstecz widzimy co było w nim naprawdę ważne. Wspominamy tamto lato, tamtą jesień niespokojną. Jeśli ktoś oglądał film: Ostatni dzwonek, ten może sobie wyobrazić, jak wtedy było. Tacy właśnie byliśmy, niepokorni zbuntowani. To film o moim pokoleniu. Wielu z nas miało epizody na posterunku milicji, złapani na roznoszeniu ulotek, nie jeden z nas przyjął pały na plecy tylko za to, że się policjantowi nie spodobał. Przeżyliśmy to i zdaje się, że znowu mamy szanse przeżyć swoją młodość od nowa. Może to żal za młodością przeze mnie przemawia, ale wydaje mi się, że ludzie byli wtedy dużo bardziej zaangażowani, zdesperowani, każdy pomagał jak tylko potrafił.

A dziś znów się szykujemy na manifestację. Tylko tyle, że prawdziwi bohaterowie zostali zepchnięci na margines, a na drabinki weszli fałszywi prorocy. To smutne, że ludzie nie potrafią się cieszyć i być szczęśliwi, że zawiść i chęć zemsty za własne nieudane życie zalewają im oczy.

Tak Jareczku! Wtedy każdy mógł zostać pozytywnym bohaterem! Wystarczyło trochę odwagi, której ci zabrakło. A dziś masz już tylko szansę zostać bohaterem negatywnym, co skrupulatnie wykorzystujesz.

Widzę, jak się organizujecie, zarówno w Gdańsku, jak i w innych miastach Polski. Wszędzie mam swoich szpiegów! Wprawdzie, walka z PISem to przysłowiowa siła złego na jednego, bo PIS wytrącił nam z rąk wszystkie narzędzia. Pozostały nam chyba już tylko media, resztę zagarnął i przerobił na swoją modłę, ale protestować trzeba, by się kochanej władzy nie wydawało, że wszyscy ją popierają, by nie miała nawet chwili spokoju i satysfakcji. Zawsze, kiedy widzę te przygotowania to rośnie mi serce i zaczynam żałować, że ciągle na WAS krzyczę, a z drugiej strony mam wiele obaw, czy uda się WAM dokuczyć władzy w wystarczającym stopniu i ją zaniepokoić.

Wszystkie regiony Polski pozdrawiam i trzymam kciuki, ale chciałabym szczególnie pozdrowić moich przyjaciół ze Szczecina. Oni mnie nigdy nie zawiedli! Tam są prawdziwi rebelianci. Nie tylko organizują się w internecie, nie tylko między znajomymi i w rodzinach. Cały czas prowadzą akcje agitacyjne na ulicy, często przyjmując na twarz obelgi i niechęć, produkują i roznoszą ulotki idąc od drzwi do drzwi, jak świadkowie Jehowy. Tylko tyle, że nie przynoszą dobrej nowiny, tylko złą, że Jarek ciągle w tym kraju rządzi i go rujnuje.

Dla mnie jesteście bohaterami! Patrzę na WAS ze łzami w oczach widząc WASZE zaangażowanie. To wśród WAS kołaczą się resztki mojej nadziei, że coś jeszcze można zmienić. Dlatego, jako ilustrację tego listu, który WAM osobiście poświęcam, umieszczam WASZA ulotkę. Każdy powinien ją przeczytać, bo nawet przecinki w jej treści są mądre i trafiają w punkt! Polska powinna brać z WAS przykład.

Pozdrawiam i czekam na WAS 31 sierpnia, także tych, którzy będą osobiście bronić własną piersią dobrego imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku. Bądźcie wielcy, ja mogę tylko o WAS napisać.

Mój ostatni dzwonek
4/5

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

1 Komentarz

  1. Zamiast komentarza osobiste wspomnienie, napisane w latach osiemdziesiątych, z myślą o moich dzieciach i wnukach:

    Rok 1980 – Solidarność
    • sierpnia 20
    • Kategoria: Polityka
    • Taurus

    To już 33 lata od tamtego Sierpnia. Postanowiłem sięgnąć do fragmentów wspomnień, które napisałem przed laty… Oto one:

    Moje miasto nie jest siedliskiem „rewolucjonistów”. Wydarzenia lat 1970 i 1976 przeszły tu bez większego echa. W roku 1980 było jednak inaczej. Wszyscy nadstawialiśmy ucha na sygnały napływające z kraju a szczególnie z Gdańska. Czuło się w powietrzu, w spojrzeniach ludzi, w rozmowach, oczekiwanie zmian. Nie były to jednak oczekiwania skonkretyzowane. Ludzie mieli po prostu dosyć marazmu, kartek na wszystko, pustych półek, pieniędzy bez pokrycia, tępej propagandy, zakłamania, życiowej beznadziei, …

    Dobrze pamiętam pierwsze spotkania w Sali Tradycji, tamte dyskusje, informacje od „emisariuszy” wysyłanych do Gdańska. Nikt nie wyobrażał sobie wtedy, w jak przełomową wkraczamy epokę. Nikt nie marzył nawet, że sowiecki blok może się rozpaść, że przyjdzie prawdziwa demokracja, że wróci kapitalizm i własność prywatna, że nie będzie cenzury, że nikt nie będzie nam mówił jak mamy myśleć, co czytać, w co wierzyć, nikt nie będzie twierdził, że herbata gruzińska jest najlepszym w świecie napojem a kawa jest bardzo szkodliwa, że białko z kryla wkręcone do wędlin ogromnie je wzbogaca, że szkodliwe jest jedzenie więcej niż dwóch jaj na tydzień, że papier toaletowy i sznurek do snopowiązałek muszą być reglamentowane. Nikt też nie wyobrażał sobie, że w Polsce może być produkowane dobre piwo i że w dodatku będzie je można kupić, że z półek znikną wstrętne wyroby czekoladopodobne a tak w ogóle, że półki mogą być pełne towaru. Nikt nie przypuszczał, że przeciętny człowiek będzie mógł sobie pozwolić na samochód lepszy od malucha (jeżeli miał szczęście i dostał na niego talon) i że zaczną być budowane domy jak domy a nie jedynie bloki z wielkiej płyty. Nikt z nas nie wiedział, że pomarańcze i cytryny są w świecie tańsze od jabłek i że będzie je można najnormalniej kupić w sklepie na co dzień a nie tylko raz w roku 1 kilogram, jeśli statek dowiózł je z Kuby, że banany, granaty i temu podobne owoce istnieją rzeczywiście a nie tylko na kartkach encyklopedii.

    Nie wiedzieliśmy wielu rzeczy a doświadczenie podpowiadało, że z ruskimi trzeba ostrożnie, bo mogą wejść.
    Oficjalna propaganda tłumaczyła nam zresztą codziennie, że utrzymujemy się przy życiu, jako kraj dzięki bratniej pomocy, otrzymywanej głównie ze wschodu, że w zakresie żywności jesteśmy głęboko niesamowystarczalni. Rakowski mówił, że przecież „nikt nie weźmie 40-to milionowego narodu na garnuszek” i że Polska musi importować ok. 12 milionów ton zbóż rocznie.

    O czym więc mówiliśmy na pierwszych spotkaniach w Sali Tradycji?
    Mówiliśmy, że poziom życia musi się poprawić. W tamtym, socjalistycznym żargonie była to „stopa życiowa, która powinna się podnieść”. Mówiliśmy, że nie chcemy państwowych związków zawodowych skupionych w CRZZ, ale związków niezależnych, które rzeczywiście będą broniły interesów pracowników. Powtarzaliśmy postulaty sformułowane w Stoczni Gdańskiej. Przez wszystko to jednak przebijały obawy, więc stwierdzenia typu „socjalizm tak, wypaczenia nie” powtarzane były na każdym kroku.

    Trudno pisać o atmosferze tamtych czasów, każdy to przeżył na swój sposób.
    Był to rzeczywiście zdecydowanie bardziej Ruch Społeczny, chcący zmienić Polskę i jej najbliższe otoczenie, niż Związek Zawodowy. Takiej życzliwości między ludźmi, współpracy, wzajemnego wspomagania się nie pamiętam ani przedtem, ani potem. Główną siłą i masą krytyczną Ruchu byli, oczywiście, robotnicy. Był to jednak pierwszy przypadek, gdy wszyscy stanowili jedno i jedynie taka konfiguracja, jak widać z perspektywy czasu, mogła dać tak ogromny efekt. Trzeba pamiętać, że bezpieka była wówczas potężną siłą. Jej wtyki były wszędzie, jej prowokacje w kraju notowano codziennie. Do głosu dochodziły też animozje między różnymi ludźmi, którzy starali się przewodniczyć poszczególnym grupom, jak to w życiu bywa. Znaczna część społeczeństwa była Solidarnością straszona. Moja dobra znajoma, żona podoficera wojska, pytała mnie na przykład, czy to prawda, że Solidarność rwie się do władzy, żeby wytępić członków PZPR, szczególnie pracujących w strukturach siłowych. Pytała o to bardzo poważnie. Nie jest zresztą przypadkiem, że po wprowadzeniu stanu wojennego pod domami, gdzie mieszkali wojskowi, stanęły patrole. Działanie na psychikę ludzi było bardzo silne.

    A mimo to udało się. Ludzie zrozumieli, że mogą być wolni, że władza kacyków partyjnych nie może pokonać narodu, jeśli występuje zjednoczony. Nie może pokonać nawet w sytuacji, gdy stoi za nią potęga całego bloku komunistycznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


*