Towarzysz Isiewicz cz. XIX

REKLAMA

Akt III, cz. 6

Bo to bolączka wszystkich patriotów,
Że się ich prasa kiepsko sprzedaje;
Do tej rozrywki nie każdy gotów,
Choć już na oko pełno tam jajec.

Gazety polskie, co polskie takie:
„Polskością” kapią, jak wieprz w kominku.
Jedynym chyba „polskości” brakiem,
Że nie ma „kurew” zamiast przecinków.
(A poliszynel ma w tajemnicy,
Iż nadrabiają to czytelnicy).

Zaraz ci oczy się otwierają
Na wrogów, którzy stawiają sieci…
One do rzeczy mózg otwierają,

Aby tam ładnie sortować śmieci.

Nawet byś nie zgadł, ilu to czyha,
Na bliski Boga sercu ten Naród.
Człowiek to czyta i ciężko wzdycha,
Że sam nie w spiskach, chociażby paru.

(Bo w obrażanie Polski zabawa,
Skoro się tylu jej podejmuje,
To lukratywna musi być sprawa
I pewnie nieźle to procentuje.

Biedne to centrum cywilizacji –
Próżno Francuza widelca uczyć;
Zamiast pomagać w chrystianizacji,
Na naszej krzywdzie będzie się tuczyć).

Potrzeba ciągłej jest demaskacji,
Ponurych zdradzeń i ciemnych knowań:
Wstajesz z godnością, a do kolacji
Już obrażona Polska Ludowa.

Można doprawdy w niezłym tu stylu,
Zrobić interes, co patriotyczny;
Byle by bajać coś o trotylu
I Wodza robić dobrem publicznym.

Może o ziołach być ten periodyk,
Byle Smoleńskiem zionął z okładki:
To niepokornych dojne zawody,
Liczba im rośnie prenumeratki.

I tu są MARKI oraz firmeczki,
Nad Gmyz pospólny wyrosną boscy:
Paczuska, Kurski – swojskie mordeczki,
Albo też słynni bracia Karnowscy.

(Aż tylu prawych bliźniaków mamy:
Od Boga kraj ten jest nagradzany!)

Wie przecież Prezes, komu zawdzięcza
Partii przetrwanie przez chude lata;
Więc inwestycje takie poręcza,
Bo różne jeszcze przyjść mogą fata.

Karnowscy bracia odważni wcale
I na niejednym rządzą podwórku:
Trener Bierecki, talent do SKOK-ów
A w paru susach są w Luksemburgu.

Znów dialektyka partyjna w formie:
Forsę rządową biorą pobieżnie.
Jeśli dziś kadzą, to niepokornie,
Bo niezależni są niezależnie.

Wielu nie czuje jednak powagi,
Partii by chcieli zawsze zaszkodzić;
Brakuje zdrajcom zwykłej odwagi,
By z Partią razem, z Partią się godzić.

Na takie rzeczy niepraworządne,
Jakże to można podłym pozwalać?
To nihilizmu jednostki żądne;
Władzy Ludowej nie chcą utrwalać!

Zatem, gdy Prezes porządku chce
I dbać o zdrowe ludu morale;
Powoła nowe SDP,
Że stare nawet nie kwiknie wcale.

(Mała przestroga to dla papieża:
Jeśli nam będzie poparcia skąpił –
Już sprawiedliwość mu się odmierza:
Łacno go Tadzio jeden zastąpi!)

Tych, co pokornie zaś się buntują
(Wiele plugastwa wciąż się drukuje!),
Wolą Prezesa niepewność czują:
Orlen z Lotosem zdejmą ich z półek…

To niemożliwe, by nieuczciwi…
Co zatem język tutaj dotyka?
… prawi, pobożni i sprawiedliwi –
To nie jest kłamstwo. To dialektyka.

Co jest dla Partii, to jest uczciwe,
Co przeciw Partii – to podłość czysta;
Było prawdziwe – będzie kłamliwe,
A kłamstwo będzie prawda zaś czysta.

Ponieważ wszystko to jest dla Sprawy,
Więc priorytetem jest tu moralnym
(Mamy już nawet takie ustawy):
Że czarne białym, a białe – czarnym.

(A bagaż mamy historii słodki,
Że Cel, co Święty, uświęca środki).

Siedzi Isiewicz tak zamyślony,
Aż nagle czuje wzrok chmurny na się.
Z zaciętą miną prze pochylony
Minister Sztuki w ponurej krasie.

Widać, że nerwy ma on zszargane,
Kiedy do studia truchcikiem tupa;
Rzuca spojrzeniem, niczym taranem.
Czy kto powiedział znów: „Kasjer dupa”?

Największy pajac to ten ponury,
W strachu, że uśmiech powagi ujmie;
Więc z namaszczeniem wybredza bzdury,
Czujny na „dupę” „kasjer” podwójnie.

Łatwo się zraża do dziennikarza;
Tu trzaśnie drzwiami – tam już wychodzi…
Straszne, gdy wadze takiej się zdarza,
Że gwiżdżą, tupią i chcą jej szkodzić.

Jak w tym dowcipie: „Czy to jest pralnia?”
Myli się, dzwoniąc, zażywna biurwa.
Słuchawka wrzeszczy: „O, pralnia, sralnia!!!
Tu Ministerstwo Kultury, kurwa!”

Ludzie, to całkiem niewychowani,
Tupią i gwiżdżą, niczem zwierzęta;
Dla takich nie ma kultury granic:
Że – prawie premier – nie chcą pamiętać.

(Sam Prezes czasem w objęciach gniecie
I nieistotne, że na tablecie).

Taki profesor na wszystkim zna się,
Jak trzeba – będzie robił w kulturze.
Zawód dyrektor to w pełnej krasie.
Dobrej kultury dyrektor stróżem.

A to by chciały znowu lewaki,
Żeby ze sceny mięsem rzucano;
By poziom sztuki był byle jaki,
Żeby w teatrze nago biegano.

Musi towarzysz dbać o moralność.
Polskę Ludową po tym poznacie;
My pamiętamy innych ofiarność:
Sokor, Wilhelmi i krwawy Maciek.

Grzechy sodomii na scenach furczą,
Tylko zboczeńca teatr zachwyci,
Nie jest tam wcale państwowotwórczo:
Morderstwa, Janda i transwestyci.

(I cierpi aktyw moherowy,
Że tam na scenie obrażajo;
Od tego wszakże bólu głowy
Ministra pochmurnego majo).

A zamiast śmieci – by pierwiosnki;
Jak Prezes wbijał we dno słupy;
Festiwal o Smoleńsku piosnki;
Jelenia w obraz — a nie dupy!

(Słupy te tworzą niezłą już grupę:
Kredyt na słupy – sam premier słupem…)

Więc na to forsę on wyłoży,
Co bogobojne i ładniutkie.
Do zgorszeń ręki nie przyłoży,
Czego tupanie w teatrach skutkiem.

Trudno! Kultury będzie nam bronił,
Od bojów z grzechem zyskamy świętych;
Niech nad jeleniem łezkę uroni,
Minister wielki, a tak wyklęty!

Postawi kłamstwom przebrzydłym tamę
I nie da forsy na te podłości;
Póki w muzeum o Wałęsie,
Że szefem był „Solidarności”.

Stać nas na większe jeszcze misie!
Słomiane, piękne i z przytupem.
I filmem „Smoleńsk” teraz światu
Otworzym oczy, co zepsute.

A na stulecie Niepodległej,
Wielkie słomiane inwestycje,
Bo dwieście baniek jest zaległe,
A święcić warto jest tradycję.

Jacht, prądem niesion i zawieją.
Samotna flaga przestwór zdobi.
Ławeczki z godłem pordzewieją,
Protokół się zniszczenia zrobi.

Kupić obrazy i ich ramy –
Wywieźć i tak nie można było –
Już tyle słomy pięknej mamy,
Że i do butów nam starczyło.

A gdy protokół spiszą zniszczenia
I jacht cumował gdzieś tam będzie,
Słomy i sianka tak od niechcenia,
Partia przytuli, gdy je zdobędzie.

I to jest wyraz kultury pełny,
Której to innym tak brakowało:
Słomy nas sławi motyw ludowy!
Jak to się nie da?! Skoro się dało!

cdn 🙂

 

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie