Czy leci z nami pilot?

REKLAMA

27 dni. Tyle trwał protest opozycji, okupującej Salę Plenarną w Sejmie, który rozpoczął się 16 grudnia 2016 roku po tym, jak marszałek Kuchciński odebrał prawo do głosowania posłowi Szczerbie. W Sejmie, co prawda, wrzało już od kilku dni odnośnie pomysłu partii rządzącej, ograniczającego dostęp mediów do obrad i wywiadów z posłami. Jednak dopiero wykluczenie posła PO z obrad i to z zupełnie błahego powodu, przelało czarę goryczy. PO i Nowoczesna zablokowały dalsze obrady, gromadząc się wokół mównicy i fotela marszałka. Władza przeniosła obrady Sejmu do Sali Kolumnowej, głosując nad ustawą budżetową bez udziału opozycji. Do dziś jest wiele wątpliwości, czy udało się zgromadzić kworum, ale ostatecznie budżet został przegłosowany, a w przerwach między głosowaniem posłowie PiS, trzymając się za ręce, śpiewali kolędy, bo taki to też był czas, przedświąteczny.

Kiedy PiS rządził Polską po raz pierwszy, dziesięć lat temu, na pewno nie musiał mierzyć się z potęgą Internetu i mediów społecznościowych. Dziś wiadomości rozprzestrzeniają się lotem błyskawicy i nie ma większych problemów, by dość szybko zorganizować ekipę ludzi, która stawi się w określonym miejscu. Afera w Sejmie zaczęła się o 16, a godzinę później pod budynkiem parlamentu zaczęli gromadzić się ludzie. Kto mógł, przybywał na miejsce, kto nie mógł – tak jak ja – siedział przed ekranem telewizora i śledził wszystko na bieżąco. Do później nocy… i następnego dnia… i przez kolejnych 27 dni.

Zawrzała opozycja, zawrzał suweren, a właściwie ta jego część, która ma już serdecznie dość działań partii rządzącej. Wielu w proteście opozycji dostrzegało choćby cień nadziei na to, że może uda się odsunąć PiS od władzy. Na dziś – marzenia ściętej głowy, ale nadzieja i tak się rodzi. Do północy pod Sejmem zebrały się tysiące ludzi, władza zaczęła ściągać policję, wzburzony tłum zaczął uniemożliwiać wydostanie się z budynku posłom PiS po zakończonych obradach. Patrząc na to wszystko, gdzieś z boku, ze szklanego ekranu, człowiek zaczyna się zastanawiać, w jakim państwie żyje i ku czemu to zmierza. O tym, że w Polsce jest łamana Konstytucja, że prawa obywateli zaczynają być dostosowywane do widzimisię jednego człowieka, który nieoficjalnie pociąga za wszystkie sznureczki, że łamane są zasady demokracji, a partia rządząca uważa się za zupełnie bezkarną, wiemy od ponad roku. Przyszłość Polski nie napawa dziś optymizmem. Dużymi krokami zmierzamy ku maksymalnemu ograniczeniu demokracji, ku władzy autorytarnej, o ile nie absolutnej. Państwem rządzą ludzi niekompetentni, wyrachowani, nastawieni wyłącznie na ugranie jak najwięcej dla siebie. Nie dość, że starają się skłócić nas z całą Europą, to pogłębiają podział polskiego społeczeństwa, podsycają nienawiść Polaków wobec siebie i starają się nie dostrzegać narastającej wśród ludzi agresji. Smutne to wszystko, przerażające nawet, bo każdy zdrowo myślący Polak ma świadomość, że ten podział, jaki nastąpił wśród suwerena, nie będzie łatwy do pokonania. Może polski naród będzie potrzebował wielu lat, by odrodzić się jako jedność. Może już nigdy się nie odrodzi.

Opozycja trwała w Sejmie przez 27 dni, nie opuszczając Sali Plenarnej ani na chwilę. Na zmianę dyżurowali posłowie PO i Nowoczesnej – o dziwo, udało się im pod tym względem dojść do porozumienia. Władza miotała się, ustawiając barierki wokół Sejmu, które dość szybko stały się pośmiewiskiem wśród ludzi, określanym jako płot hańby. Wieszano na nim kartki, szydzące z rządu, a zdjęcia rozprzestrzeniały się szybko na portalach społecznościowych. Pod Sejmem czuwał suweren, wspierający posłów w proteście, znów czujący, że w jedności może być ukryta siła, by przetrwać ten chocholi taniec naszej, pożal się Boże, władzy. Winowajca całego zamieszania, marszałek Kuchciński, zniknął w pola widzenia. Policjanci, ściągani z całego kraju, wypełniali swoje chyba niezbyt chlubne dla nich obowiązki. Opozycja prowadziła transmisje z Sejmu, władza prowadziła kampanię oskarżania jej o działanie, szkodzące państwu. Pat trwał, bo jeszcze na początku stycznia nikt nie chciał ustąpić, choć z góry było wiadomo, że taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie. Pozostawało pytanie, kto z tej rozgrywki wyjdzie z tarczą, a kto na tarczy.

Pierwsza zaczęła wykruszać się Nowoczesna. Pojawiły się pogłoski o jakimś porozumieniu lidera .N z prezesem PiS, które zostały, co prawda, zanegowane, ale i tak wprowadziły napięcia między Nowoczesną a PO. Na 11 stycznia wyznaczone były kolejne obrady Sejmu i do tego dnia PO trwało nieprzerwanie przy swoich racjach. Nowoczesna zasiadła do rozmów z PiS i rakiem wycofała się z protestu.

11 stycznia obrady Sejmu były przekładane kilkukrotnie. Rozpoczęły się o 20 i trwały zaledwie 1,5 minuty. Nazajutrz PO zawiesiła protest – do 25 stycznia. Co będzie dalej? Na dziś to zagadka. Kwestionowana legalność uchwalenia budżetu państwa nie powstrzymała prezydenta przed podpisaniem ustawy budżetowej. To, co dawało choćby cień nadziei, umarło śmiercią naturalną. Co prawda, PO twierdzi, że broni nie składa, ale czy dalsza walka, po przerwie, która da PiS możliwość zastanowienia się nad strategią działania, będzie miała jeszcze jakikolwiek sens?

Pozostaje pytanie, co dał protest opozycji? I czy powinien zakończy się w taki sposób? Na pewno pokazał, że opozycja, choć potrafi się zjednoczyć, w tym zjednoczeniu nie będzie trwała wiecznie. Zawsze, prędzej czy później, zacznie się przedkładanie interesów własnej partii ponad dobrem ogółu. Zawsze, prędzej czy później, pojawi się chęć przyciągnięcia do siebie wyborców. Na pewno pokazał, że ludzie nadal potrafią się zjednoczyć i wspierać tych, którzy chcą być ich głosem, w których dostrzegają szansę na to, by zmienić bieg wydarzeń w naszym kraju. I na pewno pokazał, że PiS nie ugnie się tak łatwo i na razie nikt ani nic nie jest w stanie zatrzymać tej machiny, łamiącej prawo i wszelkie zasady. PiS ograł nieco opozycję, podzielił ją na nowo, nie cofnął się nawet na krok. Może opozycja powinna doprowadzić do tego, by władza zastosowała siłowe rozwiązanie i wyniosła protestujących posłów z Sali Plenarnej, by mieć w końcu dowód na to, że PiS jest zdolne do wszystkiego. Ujawniona w międzyczasie afera w Komitecie Obrony Demokracji, który od ponad roku jednoczy ludzi na marszach i manifestacjach, może doprowadzić do rozłamu między przeciwnikami partii rządzącej. To na pewno odbije się wszystkim czkawką w najbliższym czasie. W jakim stopniu, dopiero się o tym przekonamy, ale spoiwo, jednoczące ludzi, zaczyna pękać. Bitwę na dziś wygrał PiS, ale jedna bitwa nie przesądza o ostatecznym wyniku wojny…

Odkąd istnieje podział wśród władzy, istnieje walka pomiędzy partiami. Walka o głosy wyborców, ważna wyłącznie przed wyborami, potem suweren przestaje się już liczyć. Wydarzenia ostatniego roku pokazują, że demokracja nie jest w stanie uchronić obywateli przed bezkarnością i bezczelnością władzy. Obywatel jest bezsilny wobec poczynań władzy, choć wie, że są to działania na jego niekorzyść. Opozycja, która nie jest w stanie uzyskać większości w Sejmie, również jest bezsilna. Suweren bez lidera, który mógłby pociągnąć za sobą tłumy, jest bezsilny. Polska zaczyna przypominać samolot, pikujący w dół, za którego sterami szarpie się kilka osób. Pasażerowie tego samolotu są skazani na tego, kto zdoła przejąć drążek. Najsmutniejsze w tym, że wśród walczących ze sobą osób nie ma prawdziwego pilota, który były teraz w stanie bezpiecznie osadzić samolot na pasie. Jak długo będziemy na niego czekać? My, którym losy Polski nie są obojętne?

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

1 Komentarz

Komentowanie jest wyłączone.