Taka piękna katastrofa

REKLAMA

Ostatni tydzień obfitował w wydarzenia, które dla przedstawicieli „gorszego sortu” było niczym powiew świeżego powietrza nad rozlewającym się po naszym pięknym kraju szambem, które serwuje nam od ponad roku rząd. Rząd w pocie czoła klecony przez Prawo i Sprawiedliwość. Choć może już najwyższy czas zmienić nazwę partii, która jest zanegowaniem wartości, jakie powinna w sobie zawierać, na „Jarosław i Kaczyński”, bo tylko jeden człowiek trzęsie całym krajem i wiernymi mu pionkami. Człowiek, który pragnie być dla narodu niczym prawdziwy mąż stanu. „I” bym zostawiła z czystego sentymentu i na dowód, że taki dziwotwór jak Prawo i Sprawiedliwość istniał.

Poniedziałek minął w miarę sennie. Polska żyła jeszcze rewelacjami z poprzedniego tygodnia, a więc wystawieniem przez rząd polski Jacka Saryusz-Wolskiego jako kandydata Polski na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Rząd z uporem maniaka, jakby zaklinając rzeczywistość, powtarzał, że liczy na poparcie niektórych sojuszników w Unii. W poniedziałek już jednak było wiadomo, że Czechy i Słowacja zadeklarowały poparcie dla Donalda Tuska. Ostatnią nadzieją w takim układzie pozostały Węgry, choć jak się później okazało, Węgry również odwróciły się od Polski plecami, uznając, że zachowując jedność z całą Unią mają więcej do zyskania niż popierając obłąkańcze pomysły rządu polskiego. W kraju, oczywiście, wrzało, ale rząd był głuchy na słowa obywateli, słusznie przyjmując, że prawdziwi patrioci Tuska nigdy by nie poparli. A oburzeniem „gorszego sortu” przejmować się nie należy.

Wtorek upłynął pod znakiem wyczekiwania na ogłoszenie, ile pieniędzy zebrała podczas ostatniego finału Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która od dawna jest solą w oku Prawa i Sprawiedliwości. Zebrana suma przerosła oczekiwania organizatorów, wolontariuszy i tych, którzy 15 stycznia tak chętnie wrzucali pieniądze do puszek. 105 mln 570 tys. 801 zł i 49 gorszy! Polacy od morza aż po góry i ci, mieszkający poza granicami kraju, mieli powód do prawdziwej radości i świętowania. Posła PiS, Stanisława Piętę, znanego z ogromnej „miłości” do WOŚP, w pierwszej chwili pewnie zalała krew, lecz dość szybko przypisał sukces fundacji swojej partii:

Bądźmy realistami. To, że trafiło tam więcej pieniędzy, to nie z powodu mojego wpisu na Twitterze, ale dlatego, że państwo polskie wspiera polskie rodziny. Otrzymują realną pomoc przez program 500 plus i to, że jest więcej pieniędzy po stronie konsumentów, przekłada się na wynik przedsięwzięcia pana Owsiaka.

Cóż, gorycz porażki zawsze można sobie złagodzić jakimś umiejętnie skleconym kłamstewkiem. A w kłamaniu prawi i sprawiedliwi osiągają poziom mistrzowski.

Środa 8 marca, a więc Międzynarodowy Dzień Kobiet, była dniem kobiet. Nie tylko z okazji ich święta. Tego dnia w 55 krajach na świecie kobiety postanowiły wyrazić swój głośny sprzeciw. Protestowały, żądając poszanowania praw, w tym prawa do ochrony przed przemocą, pełni praw reprodukcyjnych, poprawy sytuacji ekonomicznej i świeckiego państwa. Tak samo jak w październiku również Polki wyszły na ulice miast i miasteczek, by głośno wyrazić swój sprzeciw w ponad 80 miejscowościach odbyły się marsze, w których polskie kobiety żądały pełni praw reprodukcyjnych,  państwa wolnego od zabobonów, wdrożenia i stosowania Konwencji Antyprzemocowej i poprawy sytuacji ekonomicznej kobiet. Warto tu pokreślić, że protestowały kobiety nie tylko w dużych miastach, takich, jak: Warszawa, Łódź, Kraków, Wrocław, Poznań czy Gdańsk. O swoje prawa upomniały się również mieszkanki małych miejscowości, takich, jak: Brodnica, Człuchów, Iława, Zgorzelec, Zawiercie. Może skala protestów w tych miasteczkach nie była tak porażająca jak w Warszawie, gdzie w kulminacyjnym momencie protestu ulice były wręcz zalane ubranymi na czarno kobietami. Jednak dla budzenia się ogólnopolskiej świadomości narodowej, poczucia, że działania obecnego rządu nie zmierzają w dobrym kierunku i coraz bardziej uderzają w kobiety, było to nie tylko symboliczne, ale znaczące. Symboliczne były czerwone kartki, które uczestnicy marszów pokazali obecnemu rządowi.

Rząd na pewno nie podszedł do tych protestów obojętnie, mając w pamięci fakt, że w październiku właśnie pod naciskiem protestujących kobiet, musiał się wycofać z prac nad projektem zaostrzającym prawa aborcyjne w Polsce. Oczywiście, od wyrażenia swojego zdania, z charakterystycznym dla niej urokiem, nie powstrzymała się posłanka Krystyna Pawłowicz:

W Polsce 98 proc. mediów papierowych należy do koncernów niemieckich, które robią młodzieży wodę z mózgu pismami typu ”Bravo” i ”Girl” itp., to trudno się dziwić, że po lekturze tych szmatławców chodzą na manifestacje ”Wiedźmy w Warszawie”. (…)Wiele z tych kobiet zachowuje się jak ulicznice. Infantylne pajacowanie i obrażanie wszystkich dookoła, zaśmiecanie przestrzeni publicznej wyuzdanymi hasłami, narusza prawa innych do estetyki w przestrzeni publicznej. Jest wyrazem bezsilności – moim zdaniem – wykolejonych kobiet.

Fakt, że słowa te powiedziała kobieta, która najwyraźniej nie wie, czym jest empatia i nie rozumie, z jakimi problemami zmagają się współczesne kobiety, może w jakimś stopniu usprawiedliwić jedynie to, że należy do Prawa i Sprawiedliwości.

Czwartek upłynął pod znakiem szczytu UE, którego najważniejszym dla Polski punktem, był wybór nowego przewodniczącego Rady Europejskiej. Od rana można było wyczuć nerwową atmosferę wśród przedstawicieli rządu. Minister Waszczykowski poinformował, że premier Szydło zamierza nie dopuścić do głosowania. Polacy nadal byli karmieni informacjami o kandydaturze Saryusza-Wolskiego, o poparciu dla polskiego rządu i o tym, że Unia nie może nie uszanować odrębnego zdania jednego z państw członkowskich. Nie pomogło jednak zaklinanie rzeczywistości. Przed godziną 17 świat obiegła informacja, że Donald Tusk został wybrany na drugą kadencję z poparciem 27 państw Unii Europejskiej, co było tylko formalnością. Przeciwko była wyłącznie Polska. Kraj, który powinien stanąć murem za kandydatem. I zapewne stanąłby, gdyby miał inny rząd. Przedstawiciele „gorszego sortu” wyrażali swoją euforię w mediach społecznościowych i nie ma tu się co dziwić. Na tak spektakularną porażkę obecnego rządu czekali ponad rok czasu. W Sejmie odbywał się dość burzliwa dyskusja, zagłuszana okrzykami opozycji: „Donald Tusk” i nawoływaniem do tego, by polski parlament oficjalnie pogratulował wygranej nowemu staremu przewodniczącemu. Na mównicę kilka razy wychodził Jarosław Kaczyński, zagłuszany przez opozycję, a jego wykrzywiona grymasem złości twarz mówiła jasno, że z ledwością powstrzymuje wybuch, choć w słowach nie przebierał. Oberwało się przede wszystkim Platformie Obywatelskiej:

Swego czasu, już dość dawno temu, ale moje pokolenie świetnie to pamięta, prezydent de Gaulle używał takiego określenia: „partia zewnętrzna”. Mówił to o ludziach, którzy byli otumanieni szaleńczą i zbrodniczą ideą, ale w coś wierzyli. A wy nie wierzycie w nic, poza waszymi interesami i interesikami. Wy jesteście dzisiaj partią zewnętrzną, wy kompromitujecie Polskę, jesteście przeciw Polsce. Jesteście i byliście zawsze.

Cóż, słowa o ludziach, otumanionych szaleńczą i zbrodniczą ideą, można doskonale odnieść do Prawa i Sprawiedliwości. Nie był to dobry dzień dla Jarosława Kaczyńskiego. Nie był to dobry dzień dla rządu Jarosława Kaczyńskiego, ani dla premier Szydło, która oznajmiła, że nie podpisze konkluzji po szczycie, uważając, że w ten sposób będzie on nieważny. Zapewne musiała przełknąć dość gorzką pigułkę, słysząc od premiera Belgii, że zachowuje się w sposób dziecinny. Równie gorzka dla rządu PiS była radość Polaków, którzy w kilku miastach spontanicznie wyszli na ulice, by cieszyć się z wygranej Polaka razem z innymi.

Piątek, jak każdy dziesiąty dzień każdego miesiąca od siedmiu blisko lat, upłynął pod znakiem miesięcznicy. Od rana komentowano zachowanie premier na czwartkowym szczycie. Opozycja krytykowała, PiS natomiast piał z zachwytu, obwieszczając wszem i wobec sukces rządu i podkreślając niezłomność premier. Wieczorem premier wróciła do Polski. I tu przedstawiciele gorszego sortu mieli okazję do przecierania oczu ze zdumienia. Na lotnisku pojawił się sam Jarosław Kaczyński, z ogromnym bukietem kwiatów w otoczeniu członków rządu. Był minister Waszczykowski, Błaszczak, Macierewicz, Gliński, marszałek Kuchciński. Przed premier Szydło zasalutował żołnierz. Uściskom nie było końca. Aż łza się w oku zakręciła tych, którzy pamiętali czasu komunizmu w Polsce. Jarosław Kaczyński pogratulował premier niezłomnej postawy:

To, co Beata Szydło pokazała w Brukseli napawa nas dumą, była w bardzo trudnej sytuacji i pod ogromnym naciskiem broniła sprawy polskiej. To pozostanie w naszej pamięci i historii. (…) Pokazaliśmy, że Polska to państwo podmiotowe, które nie zgadza się na wszystko i nie załatwia tylko małych interesów. Te czasy się skończyły.

A wieczorem odbyła się miesięcznica. W nieco innej niż do tej pory atmosferze. Od rana przedstawiciele „gorszego sortu” planowali przyłączenie się do Obywateli RP, którzy od kilku miesięcy organizują kontrmanifestacje i starają się przeszkodzić w obchodach miesięcznic smoleńskich, wyrażając sprzeciw wykorzystywaniu katastrofy smoleńskiej w celach politycznych. Tym razem pod Pałacem Prezydenckim zebrały się tłumy, które od miejsca wystąpienia prezesa oddzielał nie kordon a mur policji. Doszło do przepychanek między obywatelami a policją, która starała się odpychać protestujących. Pojawienie się Kaczyńskiego zostało poprzedzone okrzykami: „Donald Tusk”, gwizdami i wuwuzelami. Tym razem skala protestu musiała zaskoczyć prezesa. Przemówienie wygłosił, ale było ono dość krótkie i zagłuszane przez zebranych ludzi. Standardowo z ust premiera padło zapewnienie, że jesteśmy coraz bliżej prawdy o Smoleńsku i o tym, że będzie wolna Polska. Skoro pod rządami PiS nie mamy nadal wolnej Polski, to jaka jest ta wolna Polska w oczach prezesa? Wolę nie zagłębiać się w jego tok rozumowania.

Prezes odniósł się również do protestujących:

Dziś to, co tutaj się dzieje, to atak na Polskę, atak pod sztandarami Unii Europejskiej, atak na Polskę i na to, co jest istotą tej Unii. Atak na to, co chcieli Europie przygotować i przygotowali, ci, którzy Unię stworzyli, a co niszczą, ci, którzy dzisiaj wypaczają idee. Żadne krzyki tutaj nie pomogą. My tu będziemy i my tutaj zwyciężymy, będzie wolna Polska, będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami, którzy tutaj czymś rzucają, ale powtarzam nic wam to nie pomoże, przegraliście moralnie, przegraliście politycznie i przegracie do końca.

Tak więc przedstawiciele „gorszego sortu” nie są już wyłącznie gorszym sortem, osobami o twarzach ludzi specjalnej troski czy elementem animalnym. Są również łotrami.

Miniony tydzień był tygodniem złym dla Jarosława Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości. Przeciwnicy rządu mogą powiedzieć, że to piękna katastrofa, bo coraz bardziej obnaża nieudolność rządu nie tylko w granicach Polski, ale również na arenie międzynarodowej. Rząd jest z siebie dumny, lecz tak naprawdę działa na niekorzyść państwa. I tylko twardy elektorat może wierzyć w to, że wszelkie działania rządu mają na celu podnoszenie Polski z kolan. Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy niczym samotny statek, który ze złamanym masztem dryfuje po bezgranicznym morzu i nie zostaje przyjęty w żadnym porcie. Bo ma na pokładzie zarazę, z którą nikt nie chce mieć do czynienia.

Pozostaje pytanie, co dalej? Dokąd zmierzamy, my, jako Polacy, i nasze państwo. Pierwsze głosy ze strony rządu wskazują, że chcą zwrócić się ku Rosji i zamierzają obniżyć poziom zaufania wobec Unii. Waszczykowski otwarcie nawołuje do blokowania niektórych inicjatyw unijnych.

Przed nami jeszcze dwa lata rządów PiS. Oczywiście, przy założeniach optymistycznych, że Prawo i Sprawiedliwość nie będzie rządziło Polską przez kolejną kadencję. Tego nie da się dziś wykluczyć. W jakim punkcie będziemy za te dwa lata? Czy jesteśmy w stanie przetrzymać te rządy jako naród, który i tak jest wystarczająco wewnętrznie podzielony? Jedno jest pewne… rządy PiS są destrukcyjne dla Polski i dla Polski byłoby najlepiej, gdyby zakończyły się jak najszybciej. By jak najszybciej przystąpić do niwelowania skutków niszczycielskich działań partii rządzącej. Czy jednak jesteśmy na tyle silni, by uchronić swój kraj przed całkowitą destrukcją?

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

6 Komentarze

  1. Doskonała analiza, mnie jednak bardziej niepokoi pytanie końcowe. Czy potrafimy się jako kraj podnieść z tego upadku, czy dążenie do wolności i demokracji jest w Polakach na tyle silne, by znów było normalnie?

  2. Gwoli sprostowania: Tusk nie został wybrany na drugą kadencję, ale kadencję mu przedłużono. Nie było wyboru, między innymi dlatego kwestia kontrkandydatury nawet nie wchodziła w grę i dlatego nie dopuszczono Saryusza-Wolskiego do obrad. Dopiero gdyby ustalono, że przedłużenia kadencji nie będzie (bo nad tym, a nie nad wyborem, głosowano), następowałby wybór nowego szefa RE, niemniej na 100% inne państwa przedstawiłyby innego pretendenta (albo kilku) i JS-W jako nie mający doświadczenia w kierowaniu państwem czy pracach RE dostałby podobnie srogi łomot.
    A poza tym rząd Polski na własne życzenie i kompletnie niepotrzebnie dał wszem i wobec do zrozumienia, że nie istnieją dlań granice absurdu, głupoty i kompromitacji, zaś reszta krajów członkowskich polskiego przedstawiciela traktuje jak radioaktywnego, tak samo jak jego idee i plany. To się dosyć szybko może zemścić. Ciekawe, co powie Kaczyński, kiedy po przekroczeniu progów ostrożnościowych (PDP >= 60& PKB) Unia zażąda od Polski działań naprawczych, zamiast sypnąć forsą.

    • Wtedy zapewne pani Dorota będzie musiała dopisać dalszy ciąg. Tylko tytuł chyba będzie bardziej dosadny? Np. „Ale jebnęło!”

    • Przyszło mi do głowy coś innego, co Polskę mocno uwiera, ale kogo to teraz będzie obchodzić. Mianowicie, trzymajcie się drodzy państwo: Nordstream 2. I ta kwestia może się pojawić dużo szybciej niż pisowskie problemy budżetowe.

Komentowanie jest wyłączone.