W Pacanowie durniów kują…

REKLAMA

Skąd się ci ludzie biorą? Nie no, serio, jak tak człowiek popatrzy, oczy poprzeciera ze zdumienia, dokona pobieżnego rachunku prawdopodobieństwa – to nadal mu nie sztymuje i „Drosselklapa ryksztosuje”.
Są rzecz jasna wyjaśnienia systemowe, jest głębsze spojrzenie na fenomen, można się pokusić o jakiś wzór, nakreślenie zasady, pokazanie procesów – dzięki którym miernota obrasta w pióra, które potem przypala sobie na świeczniku, na którym ją osadzono.
„– Milczeć – wrzasnął Ponimirski i jego blada twarzyczka chorowitego dziecka zrobiła się czerwona z wściekłości. – Milczeć! Sapristi! Z was się śmieję! Z was! Elita! Cha, cha, cha… Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz i jednocześnie kompletny kretyn! Idiota, nie mający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o ortografii. To cham, bez cienia kindersztuby, bez najmniejszego okrzesania! Przyjrzyjcie się jego mużyckiej gębie i jego prostackim manierom! Skończony tuman, kompletne zero! Daję słowo honoru, że nie tylko w żadnym Oksfordzie nie był, lecz żadnego języka nie zna! Wulgarna figura spod ciemnej gwiazdy, o moralności rzezimieszka. Sapristi! Czy wy tego nie widzicie? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy sami wwindowaliście to bydlę na piedestał! Wy! Ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów. Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!…”
Pamiętacie? Poznajecie?
Jakiż to pech, jaka potworna kolej losu, że satyryczna literatura nie starzeje się w Polsce przez wieki całe! Ale gdybyż to miało dotyczyć tylko naszych słabości w cieniu alkowy, śmiesznostek, uprzedzeń, dupereli jakichś… A niechby i ciężkich przewin, ale, na litość boską, nie tak żałosnych! Ale nie! Nie, dotyczy samego rdzenia naszego narodowego jestestwa, naszych cech narodowych, które w odpowiednim stężeniu i przy odpowiednim nadęciu pompatycznością ukazują całą żałość, całą konsekwentną logikę, cały nurt w dziejach – który nie może obumrzeć, bo jest jedną z podwalin narodowego mitu.
Czy to będzie Dyzma, czy pan minister zarządzający inżynierem Karwowskim za Gierka, czy pan Cieślak ministrujący sobie w najbardziej zbożnej i prawicowej przybudówce rządu – to zawsze będzie ten sam wariant potwornego bałwana, który, wyniesiony szczególnym zawirowaniem losu na szczyty, uwierzył w swą boską moc, wyższość nad plebsem, w swą wyjątkowość i boskie pomazanie.
Ale, po prawdzie, jakże miał nie uwierzyć?
Jakieś „ą”, „ę” profesory klepiące biedę, całe rzesze tzw. „inteligencji” (taki postpeerelowski etymologiczny przeżytek), nauczycieli i takiego tam tałatajstwa, ledwie wiążący koniec z końcem. Po drugiej stronie całe mrowie ludzi, którzy wzięli się z losem na ruletkę, jakoś konstruują te swoje interesiki, biorąc się herkulesowo za bary z hydrą ZUS-u, ubezpieczeń, zawiści, bałwańskich Nowych Ładów, przeróżnych politycznych łaskawców jak najbardziej podejrzanej proweniencji… Ten cały ludek -zapobiegliwy, albo i nie; taki przyziemny, taki zabiegany, taki niski…
I po drugiej stronie on. Bez większego wysiłku nawet, niesiony falą politycznego sprytu i karierowiczostwa – demiurg. Minister. Człowiek z gabinetu i limuzyny.
Że tak się stało? Że człowiek z limuzyny? Musiało. To wiadomy boski znak. Nie mogło być inaczej. Widocznie wielkość pisana była u narodzin. Może nawet jakieś grzmoty były, wichury i dziwne znaki na niebie. Ale, na zdrowy rozum – skoro jest się tam, gdzie jest, to chyba nie bez powodu? To chyba z jakichś oczywistych przyczyn? Z wewnętrznej wielkości, ogromniastości, gigantyczności?
Kiedyś zastanawiałem się nad tym, czemu zawodowi posłowie, którzy są w sejmie przez kilka kadencji, wydają się być tak oderwani od realiów życiowych. Biuro im ktoś prowadzi, dochody pewne, żyć można w Warszawce w hotelu sejmowym, albo opłaconym mieszkaniu, w sejmie bar, w hotelu bar, wszędzie dziennikarze. Flesze, panienki, gazety, telewizje – na co to do Dąbrowy Tarnowskiej wracać i po co? Albo innego Rzeszowa? Skoro się jest jednak… no cóż… kimś wyjątkowym…
Bo inaczej skąd flesze, skąd sam wódz rzucający łaskawym spojrzeniem w czasie głosowań (materialny on ci jednak, nie boski, jako się wydawało i koszula też mu ze spodni wyłazi – ale jakże zniewalająco!), skąd dziennikarki podtykające mikrofony – skoro nie jestem mądry, doceniony, wartościowy, decyzyjny?
A co dopiero minister?! Ohohoho, to już w ogóle, szał ciał i fajerwerki! To już nie byle kto, persona, decydent ludzkich losów, pierwszy po Bogu, zarządca milionów w żywym inwentarzu personelu. KTOŚ.
No tak, są koszta. Jakieś tam być muszą. Ale i one dowodzą wielkości w sprycie i trzymaniu się na powierzchni.
Że jesteś ministrem z partyjki, która ma poniżej procenta poparcia w sondażach? Ale jest republikańska i stać ją na robienie wokół siebie nimbu patriotycznego przedsięwzięcia. Że to całe przedsięwzięcie to humbug, a twój szef obleniec (szef partii), to obleśny karierowicz, który zdradzi, obsmaruje, nakłamie dowolnie co bądź, będzie dawał pluć sobie w gębę i pokaże, że jedyną wartością jest kariera? Ale działa? Działa! Znak wielkości. Limuzyny, gabinety, sekretarki, ochrona – rozumiecie. To się nie wzięło z niczego, bo nie mogło, nieprawdaż?
Że twoja partyjka to uklejony ze zdrady, serwilizmu, kłamstwa i podstępu kawałek owiniętego w złotko gówna? No i co? Kto w ogóle się o tym dowie, skoro się będzie bredzić w telewizjach z profesjonalnym zadęciem clowna o godności, honorze, wartościach, historii? Przecież ta partyjka ma szczytne cele, do których dąży! To tylko etap przejściowy: trzeba się ześwinić, żeby coś osiągnąć, każdy polityk to wie. Będzie dobrze, zawalczymy o prawdę, moralność, godność, rozwój – bo kto miałby zawalczyć, jeśli nie my, tak wysoko wyniesieni dzięki niewątpliwym zdolnościom?
A że na razie prywata, szkodzenie krajowi, włażenie do tyłka wodzowi, intrygi, zdrada, kłamstwo, robienie z gęby cholewy, podkładanie świń?
Nie zrozumiecie.
Musieliby byście być na szczycie.
To trudne, ale konieczne. Jak wycinanie postkomunistycznego raka trzydzieści lat po komunizmie, jak walczenie z wiatrakami, jak dowolny powód na wyjaśnienie swojego kurewstwa. Nie jesteście tak obdarzeni, jak my – nie wasza wina. Ale nasz obowiązek – a z nim sekretarki, gabloty, gabinety, et cetera… My rozmawiamy z największymi. Planujemy. Wybiegamy w przyszłość. Zrobimy z tego kraju cacko. Kiedyś. Mateo powiedział, a jak mu nie wierzyć? Emanuje pewnością siebie.
Miejsce na liście samo się nie zrobi. A szkoda, żeby przepadł ktoś tak utalentowany.
I ktoś utalentowany wszedł na pocztę w Pacanowie.
Posłuchał paru gorzkich słów.
Zareagował zgodnie ze swoją mentalnością: doniósł i oczekiwał wywalenia i gnębienia za swą skalaną godność MINISTERSKĄ.
A tu włączył się sam wódz.
Bo wicie: wybory idą. I jakiegoś tam pionka można dla PR poświęcić. Wicie, jeszcze nie wszystkie gazety i telewizje mamy, czasem takie cuś wypłynie, ale my z tego zrobimy naszego słomianego misia, spokojna głowa.
I wódz wskazał karzącym palcem.
I nie ma ministra. Półboga. Herosa.
Ostał się ino smród.

5/5 - (1 vote)
Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.