Kończ Waszcz, wstydu oszczędź!

REKLAMA

Kilka lat temu jedna ze stacji telewizyjnych emitowała reality show: „Mój okropny szef”. Grupa ludzi rywalizowała o niezwykle intratny kontrakt zawodowy i wszyscy starali wykazać się z jak najlepszej strony przed tajemniczym szefem, który wymyślał dla nich mniej lub bardziej absurdalne zadania i co tydzień eliminował jednego zawodnika. Przez cały program nikt szefa nie widział, ale wszyscy wychodzili niemal ze skóry, by wypełniać jego polecania, ośmieszając się i rywalizując ze sobą. Jakież było ich zdziwienie – również widzów – kiedy w ostatnim odcinku okazało się, że okropny szef jest szympansem, który kręcił kołem z nazwiskami uczestników i w ten sposób przebiegał proces eliminacji po każdym tygodniu zmagań z zadaniami.

Patrząc na dzisiejszy rząd PiS odnosi się wrażenie, że w podobny sposób zostali dobrani do resortów zarządzający nimi ministrowie – w większości to ludzie bez odpowiedniej wiedzy, odpowiednich kwalifikacji, przygotowania i bez pomysłu na prowadzenie powierzonego sobie ministerstwa. Gdyby nie było powszechnie wiadome, że ministerialne stołki obsadzał sam prezes swoimi ludźmi, można byłoby pokusić się o dopuszczenie myśli, że to małpa zakręciła kołem i wszystko jest dziełem przypadku lub ironicznym chichotem losu.

Patrząc na dzisiejszy rząd PiS ma się wrażenie, że każdy dzień jest dla ministrów niczym Wielka Pardubicka. Każdego ranka ministrowie stają w swych boksach, przebierają nogami, mężczyźni prężą muskuły, kobiety ćwiczą szerokie uśmiechy. Chorągiewka opada, ministrowie wyrywają do przodu z kopyta i zaczyna się wyścig o… ktoś mógłby pomyśleć, że o tytuł intelektu dnia, ale nie. Jest to wyścig o gafę dnia.

Zdawać by się mogło, że bieg taki wygrać może chyży Minister Obrony Narodowej. Lub „szybciej mówiący niż myślący” Minister Spraw Wewnętrznych. Albo „z wiedzą ma bardziej niż nieco na bakier” Minister Edukacji Narodowej. Nic bardziej mylnego… Niemal od pierwszych dni ministrowania ten wyścig w cuglach wygrywa „nie myślę, ale jestem” Minister Spraw Zagranicznych. Wizualnie, co prawda, bardziej kojarzący się z koniem pociągowym, ale w rywalizacji o gafę dnia wykazujący się duszą ognistego araba.

Ministrowanie Ministra Spraw Zagranicznych od pierwszej chwili przypomina dynamit z bardzo długim lontem. Lont został podpalony w parę dni po objęciu stanowiska, kiedy to Minister SZ zaprosił do kraju Komisję Wenecką, by przekonać Unię Europejską do tego, że demokracja w Polsce ma się dobrze. Od tej pierwszej wpadki tli się ten lont powoli, strzelając do jakiś czas snopem iskier, kiedy Minister wypowiada kolejne bzdury lub swoim zachowaniem odbiega od zasad dyplomacji. Czas mija, a lont nieubłaganie zbliża się do laski dynamitu.

Czarny Poniedziałek przyspieszył pełzanie ognia po loncie. Minister SZ zamiast zamilknąć na zasadzie „milczenie jest złotem”, uderzył werbalnie w protestujące kobiety. Uderzył w ich godność, w ideę manifestacji, nazywając ją „zabawą”, „kpiną z głupkowatymi hasłami” i „marginalnym wydarzeniem”. Oburzenie, jaki wywołał swoimi słowami, nie zatrzymało go, więc dolał jeszcze oliwy do ognia. I nagle jego otoczenie polityczne, przeczuwając, że Minister SZ staje się niczym innym jak zepsutym jajkiem, postanowiło odciąć się od jego jakże niechlubnej postawy. Pomijając to, że pewnie większość w głębi ducha podzielała jego zdanie, gra pozorów musiała zostać podjęta. Szefowa rządu wezwała Ministra na dywanik i pogroziła mu paluszkiem. Cała reszta popleczników uciekła z tonącego okrętu. Minister SZ został sam niczym biały żagiel na wzbudzonym morzu, z odpływającymi od niego w pośpiechu szczurami.

Minister SZ po raz kolejny wygrał Wielką Pardubicką o gafę dnia. Wykazując się charakterystycznym dla niego nietaktem – nie mylić tego z wrodzonym wdziękiem – średniowiecznymi poglądami i brakiem szacunku oraz zrozumienia dla tych, którzy mają odwagę myśleć inaczej niż rząd i którzy potrafili głośno wyrazić swój sprzeciw na ulicach polskich miast i miasteczek, z głosami poparcia i solidarności, płynącymi niemal z całego świata.

Nadszedł czas, by powiedzieć, parafrazując sienkiewiczowskiego Kmicica: Kończ Waszcz, wstydu oszczędź! Przede wszystkim sobie. Daj sobie szansę odejścia z tarczą a nie na tarczy. Ktoś, kto zawstydza swój kraj na arenie międzynarodowej, ktoś, kto nie szanuje suwerena, kto nie wsłuchuje się w jego głos i racje, kto nie potrafi zrozumieć tych racji, choć nie musi osobiście zgadzać się z nimi, nie jest godzien zasiadać na tak wysokim stanowisku. Kończ, Waszcz, wstydu oszczędź! Nie jest to już czas na zastanawianie się nad sobą. Nie jest to już czas na przeprosiny, tym bardziej, że byłyby one wymuszone odgórnie, dla zachowania pozorów i załagodzenia sytuacji, fałszywe w swej treści. Polacy nie chcą nawet tych przeprosin. Mają swoją godność, nie dadzą się omamić gładkimi słówkami i nie zapomną obelżywych słów. To czas na odejście, najlepiej w niebyt politycznej otchłani. Niech małpa ponownie zakręci kołem. Może tym razem będzie miała więcej szczęścia?

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Tarot dla Ciebie