Największe marzenie prezesa

REKLAMA

Największe marzenie prezesa

Jakie jest największe marzenie prezesa? Nietrudno odgadnąć, bo prezes, kiedyś przed laty z właściwym sobie wdziękiem i dystansem, zwierzył się Teresie Torańskiej. Zwierzył się, że kiedyś na starość chciałby być „emerytowanym zbawcą ojczyzny”. Tak się jednak stało, że prezes urodził się zbyt późno by zostać marszałkiem Piłsudskim na kasztance. Niestety nie udało mu się też wyrwać Polski z łap komunistów, w czym – jak przebąkują jego oponenci – przeszkadzało mu zamiłowanie do długiego wylegiwania się w pościeli. Ubiegł go Wałęsa, który nie miał oporów przed porannym wstawaniem. I w ten sposób dwie możliwości zostania zbawcą ojczyzny przeleciały prezesowi koło nosa.

Największe marzenie prezesa nie mogło się spełnić aż do roku 2015. Teoretycznie mogła się spełnić jego część. Gdyby wyborcy tego chcieli, mogli posłać prezesa na emeryturę. Nie zostałby wtedy zbawcą, choć kraj zostałby wówczas zbawiony od jego pomysłów. Stało się jednak, jak się stało. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba pomyśleć, co będzie dalej. W 2010 roku prezes przekonał się, że w powszechnych wyborach nie jest w stanie wygrać nawet z takim sobie Komorowskim. Jego negatywny elektorat jest tak ogromny, że nawet przydrożne kamienie zagłosują przeciw.

* * *

Teraz jego protegowany wygrał drugą kadencję. Prezes go nie znosi mimo to, a może właśnie dlatego. Kaczyński uważa, że jedynym, kto jest godny piastować stanowisko prezydenta, które niegdyś zdobył jego nieżyjący brat, jest on sam. Niestety, choć prezes ma władzę jak cezar, to stanowisko cezara jest poza jego zasięgiem.

Książę pochylił się na tronie. Oczy mu błysnęły. – Chcę być dobrym władcą – oznajmił. – Chcę, żeby ludzie mnie lubili. I żeby dobrze mnie wspominali. (Terry Pratchett, Trzy wiedźmy)

Największym problemem prezesa jest to, że ludzie, go nie wybiorą, bo go nie lubią. A czymże jest władza, bez tego blasku? Bez najwyższego stanowiska. Być może po spacyfikowaniu ostatecznym sądów i tzw. repolonizacji (czyli zakneblowaniu) mediów prezes mógłby wygrać wybory prezydenckie za pięć lat. Ale nie oszukujmy się, jest stary już teraz, jego kondycja fizyczna jest bardzo słaba i mógłby nie podołać kampanii. Za pięć lat będzie jeszcze gorzej. Sytuacja bez wyjścia?

Jest rozwiązanie sytuacji. Gdy za trzy lata odbędą się wybory, partia prezesa może zdobyć większość konstytucyjną. To nie będzie trudne. Ich własny Sąd Najwyższy przyklepie bez wahania każde wyborcze fałszerstwo, a media będą się dzieliły na rządowe i zamknięte. Wtedy sejm uchwali nową konstytucję, w której prezydenta wybiera sejm. Błyskawicznie zdetronizują biednego Adriana, a na jego miejsce wybiorą Kaczyńskiego. Dożywotnio. Można? Można!

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.