Quo vadis, Polsko?

REKLAMA

Ze stanu wojennego nie pamiętam praktycznie niczego. Z opowiadań innych wiem, że 13 grudnia 1981 nie wyemitowano „Teleranka”. Boleśniej, jako sześciolatka, odebrałam fakt, że na Święta Bożego Narodzenia tego roku, wbrew rodzinnej tradycji, nie przyjechali moi kuzyni z innego województwa. Wprowadzono zakaz swobodnego przemieszczania się pomiędzy województwami. Dla sześciolatki to było ważniejsze niż to, co działo się na ulicach wielkich miast. Nie widziałam czołgów na ulicach, nie widziałam patrolujących ulice żołnierzy. W tamtych latach mieszkałam na wsi i fakt życia na prowincji miał swoje uroki. Ludzie ze wsi i małych miasteczek stali obok stanu wojennego. I chyba do dziś tak już zostało, że wydarzenia w kraju znane im są bardziej z monitorów telewizorów niż z tego, co mogą widzieć na własne oczy. Z małej wsi przeniosłam się do małego miasteczka i nadal przede wszystkim obserwuję. Różnica polega na tym, że na to, co się aktualnie dzieje, patrzę oczyma czterdziestolatki, która analizuje wszystko i wyciąga z tego wnioski. Wyciąga wnioski niepoprawne politycznie, a więc niezgodne z tym, co stara się nam wtłoczyć do umysłów partia rządząca.

Stan wojenny przeminął i rozpoczął się nowy etap kształtowania polskiej rzeczywistości. O tym, co się wówczas działo, wiem głównie z podręczników historii. Żadna ze znanych mi osób nie brała czynnego udziału w walce o obalenie komunizmu, więc nie słuchałam z zapartym tchem ich opowieści o tym, jak przebiegał ten proces. W 1989 roku miałam 14 lat i w tym wieku jeszcze nie interesowałam się polityką. Byłam biernym świadkiem wydarzeń i nie przywiązywałam do nich większej wagi. Taka już jest kolej rzeczy, że dzieci łatwo przystosowują się do nowych okoliczności. Dorośli, którzy są jedynie biernymi uczestnikami zmian dziejowych, a więc nie mają na nie większego wpływu, dość szybko uczą się życia w nowej rzeczywistości. W tamtych latach szybciej dostrzegałam to, że półki sklepowe zapełniały się różnorodnym towarem i można było kupić taką kurtkę, jaką się chciało. Miało się wybór. Nie czekało się już na telefon od pracującej w sklepie odzieżowym cioci, że właśnie dostała kilka sweterków i odłożyła je „pod ladę”. Słodycze nie były już wyłącznie symbolem świąt. Pomarańcze i banany można było jeść niemal każdego dnia. Chińska, zapachowa gumka nie była już symbolem luksusu i obiektem zazdrości. Dzisiejsza młodzież nie jest w stanie wyobrazić sobie braku kolorowych zeszytów i czasów, w których zakup farbek również wymagał odpowiednich znajomości.

Rok 1989 przeminął i zaczęłam dostrzegać nieco więcej. Rok później opuściłam mury podstawówki i rozpoczęłam naukę w szkole średniej. Dużymi krokami wkraczałam w dorosłość, ale polityka nadal była dla mnie bytem, który mnie nie interesował. Pamiętam jednak strajki rolników, blokady dróg, zboża wysypywane na tory kolejowe. Kątem oka dostrzegałam twarze polityków, przemawiających z ekranów telewizora. Twarze, które pomimo upływu lat, nadal funkcjonują w naszej polskiej rzeczywistości. I nadal mają wpływ na nasze życie. Lata te uświadomiły mi, że twarze te mają znacznie większy wpływ na moje życie niż mogłam przypuszczać jako nastolatka. Od roku 1989 ewoluowała nie tylko Polska, ewoluowałam również i ja. Ewolucja mojej świadomości politycznej rozpoczęła się w roku 2005. Trzeba przyznać, że znaczący wpływ na nią miało powstanie stacji informacyjnych, dzięki którym mogłam być na bieżąco z tym, co się działo w naszym kraju. Można bezmyślnie gapić się w telewizor, by zaspokoić potrzebę wiedzy o tym, co się dzieje. Można też patrzyć, nie tylko przyjmując do wiadomości, ale również starając się zrozumieć i wyciągnąć z tego nie tylko wnioski, ale i naukę. W roku 2005 do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, utrzymując ją do roku 2007. Te dwa krótkie lata rządów PiS przypominały jazdę na rollercoasterze. Nie dość, że szybko, nie dość, że szaleńczo, ale też po zatrzymaniu pozostał niesmak.

W latach 2005-2007 Prawo i Sprawiedliwość miało pecha. Może i ambicje były wręcz przerośnięte, bo wszelkie zmiany, jakie rząd chciał w tamtym czasie wprowadzić, nosiły znamiona dyktatury i prób kształtowania obywateli według określonego wzorca obywatela posłusznego i nieco ociemniałego ideologicznie, ale PiS nie miało możliwości stworzenia większości sejmowej i musiało poszukać koalicjanta. Co więcej, wybór był praktycznie żaden i tylko Samoobrona oraz Liga Polskich Rodzin wyraziły chęć trzymania sterów rollercoastera. Kiedy stery przejął Jarosław Kaczyński, który tylko czekał na objęcie stanowiska premiera, była to już jedynie jazda w dół, ku przepaści. Afera zaczęła gonić aferę, budząc powszechną wesołość gawiedzi, rząd zaczął się szarpać z bezsilności wobec koalicjantów, a naród jakoś nie zapałał szczególną miłością do Jarosława Kaczyńskiego. Pamięć o tym, jak smakował komunizm, była jeszcze zbyt świeża, by Polacy chcieli na nowo skosztować tego, co chciał im zaserwować wielki mały dyktator. W szeregach PiS doszło do rozłamu, koalicjanci okazali się problematyczni, a nawet zbyt problematyczni, Jarosław Kaczyński musiał więc przełknąć gorycz porażki, popierając wniosek o skrócenie kadencji, przyspieszający wybory. Dwa lata rządów PiS sprawiły, że zaczęłam chłonąć informacje o wydarzeniach w kraju niczym gąbka, zaczęłam dyskutować o nich i tak już zostało mi do dziś.

Wybory w 2007 roku Prawo i Sprawiedliwość przegrało. Ludzie mieli już dość cyrku, jaki rozgrywał się na Wiejskiej i mieli już dość serwowanej im przez klaunów rozrywki. Nic więc dziwnego, że wygrała Platforma Obywatelska, która dostała szansę rządzenia Polską przez dwie kadencje. Osiem lat rządów PO to czas względnego spokoju w naszym kraju. Mam świadomość, że idealnie nie było. Nie da się zadowolić wszystkich. Nie da się dać wszystkim po równo. Z cudem graniczyło również to, że PO rządziła w miarę zadowalająco w sytuacji, w której Prawo i Sprawiedliwość przez osiem lat jątrzyło, dzieliło społeczeństwo, wyprowadzało ludzi na ulice. Jarosław Kaczyński może i przełknął gorycz porażki, ale broni nie złożył. Czekał tylko na bardziej sprzyjające okoliczności, by ponownie rządzić Polską. Życie napisało scenariusz, którego zapewne nie spodziewał się, bo tragiczna śmierć brata, prezydenta Polski, umożliwiła mu przetarcie szlaku i była jednym z głównych powodów ponownego dojścia do władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Dodając do tego rozczarowanie Polaków zbyt umiarkowanymi rządami Platformy, zyskaliśmy dość wybuchową mieszankę, która niczym szambo rozlała się rok temu po polskiej ziemi, stopniowo wyjaławiając ją.

Dziś możemy żartować z zielonej wyspy, jaką miała być Polska w wizji Donalda Tuska. Dziś wielu z nas śmieje się poprzez łzy z dobrej zmiany, jaka rozgrywa się na naszych oczach, dobrej zmiany zapowiadanej szumnie przez Prawo i Sprawiedliwość w ostatniej kampanii wyborczej. Dobrej zmiany, która przeprowadzana jest na siłę, w atmosferze narastających protestów społeczeństwa, lecz głuchej na głos suwerena. Suwerena, który sam sobie ten los zgotował. PiS tym razem postanowił działać taktycznie. Na pierwszy ogień poszły szumne hasła przywracania poczucia godności obywatelom i zapewnienia, że wszelkie działania rządu mają na celu jedno: dobro Polek i Polaków. Polskie rodziny zostały przekupione programem 500+ i obietnicą programu Mieszkanie+. Nawet seniorom rzucono drobny ochłap w postaci darmowych leków po 75 roku życia. Wiadomo, syty suweren nie będzie kąsał ręki, która go karmi i od czasu do czasu pieszczotliwie pogłaszcze kolejnymi obietnicami. Niemal równocześnie PiS przystąpiło do niszczenia kraju, przy czym wszelkie przejawy buntu odbierane były, są i zapewne będą, jako wyraz niemożności zaakceptowania przegranej przez opozycje i wrogie działania przeciwko rządowi obywateli, niebędących prawdziwymi patriotami, które mają na celu jedno – utrudnienie wprowadzania dobrej zmiany w naszym kraju. W ciągu roku PiS doprowadziło polską gospodarkę na skraj, zablokowało Trybunał Konstytucyjny, przystąpiło do reformowania polskiego szkolnictwa, polskiej armii, tworzenia obrony terytorialnej kraju. Straciliśmy jako kraj na arenie międzynarodowej. Co ważniejsze stanowiska w państwowych spółkach przejęli ludzie powiązani z partią rządzącą. Dziś zaczyna się ograniczanie swobód obywateli. Dziś tracimy prawo do swobodnego wyrażania swojego sprzeciwu i do masowych manifestacji. Nadal jednak słyszymy, że demokracja ma się dobrze, a wszelkie działania rządu mają na celu dobro Polek i Polaków. Opozycja w tej nowej rzeczywistości jakoś odnaleźć się nie potrafi – jest niemrawa, nie potrafi albo też nie chce zjednoczyć się. Co prawda, można to jakoś usprawiedliwić tym, że PiS posiada większość sejmową i jest w stanie przepchnąć wszystko, ale bez silnej opozycji nasz piękny kraj będzie zmierzał ku upadkowi, z którego będzie długo się podnosił. Idea Komitetu Obrony Demokracji, idea manifestowania niezadowolenia na ulicach miast i miasteczek, choć jeszcze podnosi na duchu, nie daje już nadziei na to, że cokolwiek się zmieni. Ci, którzy są przeciwni rządom PiS, nie mają odpowiedniego bodźca, który mógłby dać im siłę i zjednoczyć ich. Prawda jest taka, że manifestowanie nie dość, że nic nie daje, to jeszcze zniechęca, ponieważ nie przynosi żadnych efektów. Zwolennicy PiS uważają, że Polska rośnie w siłę i podnosi się z kolan. Większość społeczeństwa po prostu żyje i dostosowuje się do tego, co funduje nam rząd. Przecież i tak nie ma się na to wpływu. Co da buntowanie się? Większość z nas tak pewnie myśli, machając ręką i przekonując samego siebie, że jakoś to będzie. I tak mija miesiąc za miesiącem, w Polsce zaczyna dziać się coraz gorzej, ale nie ma na razie siły, która jest w stanie powstrzymać Prawo i Sprawiedliwość. Teoretycznie jeszcze funkcjonujemy w państwie demokratycznym, praktycznie rząd na różne sposoby i różnymi metodami zakłada nam kajdany zniewolenia. Na dniach stracimy ostatni bastion – Trybunał Konstytucyjny. Działania CBA, uderzające w ludzi, powiązanych z poprzednim rządem, mają na celu najprawdopodobniej rozpisanie przedterminowych wyborów samorządowych, by PiS zyskał władzę absolutną. Czy na pewno demokracja w Polsce nadal ma się dobrze?

Mój znajomy twierdzi, że PiS może rządzić i 25 lat. Wizja przerażająca, ale możliwa. Pozostaje pytanie, czy za te 25 lat, znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie stanąć na czele rewolucji, która mogłaby obalić rządy Prawa i Sprawiedliwości. Wystarczy wziąć pod uwagę to, że zmiany systemu edukacji, jakie szykuje rząd, mają na celu ukształtowanie określonego typu obywatela. Patrioty-katolika, niechętnego wszystkiemu, co obce. Można się domyślać, że szkoła, którą na naszych oczach tworzy PiS, doskonale wypełni tę misję. Zaczyna się zmienianie historii, gumkowanie z niej tych, którzy są niewygodni dla PiS, robienie pustej przestrzeni, by można ją było wypełnić bohaterskimi czynami braci Kaczyńskich i działaczy partii rządzącej. Może nadejdzie czas, w którym pojawi się indeks ksiąg zakazanych. Może nadejdzie czas, w którym dzieci będą uczyły się na tajnych kompletach, by na nich poznać prawdę o przeszłości Polski. Ale czy wśród nich znajdzie się rewolucjonista, który za te 25 lat porwie ludzi do buntu i obalenia rządu? Może to wywołuje teraz uśmiech na wielu twarzach, bo trudno taki scenariusz sobie wyobrazić, ale warto pomyśleć, że przecież są kraje, w których rządy dyktatorów mają się dobrze, a ludzie są do tego tak przyzwyczajeni, że nie potrafią wyrwać się z tego, co dla innych, znających poczucie wolności, wydaje się czymś niezrozumiałym. Dla nich jest to normalność. Za 25 lat to i dla nas może być normalnością.

Quo vadis, Polsko? Czego jeszcze nam, Polakom, potrzeba do tego, by w końcu powiedzieć nie temu, co się dzieje od roku i co jeszcze nas czeka? Czy znowu chcemy być Mesjaszem narodów, cierpieć na krzyżu, zbitym przez szaleńców z Prawa i Sprawiedliwości? Czy chcemy dopuścić do zaprzepaszczenia tego, co wywalczyliśmy w latach 80-tych, bo połasiliśmy się na populistyczne hasła i obietnice? Czy chcemy zmarnować wizerunek kraju, który obalił komunizm i stał się przykładem dla innych? Jesteśmy w punkcie, w którym jeszcze możemy zatrzymać proces destrukcji naszej ojczyzny. Tylko trzeba zadać sobie pytanie, czy naprawdę tego chcemy…

Print Friendly, PDF & Email

REKLAMA

Czytaj, oglądaj, słuchaj.

2 Komentarze

  1. 25 to dość paskudna perspektywa. Nie należę do najmłodszych, więc mogę nie dożyć. A chciałbym jeszcze w życiu zobaczyć Kaczyńskiego w więzieniu.

Komentowanie jest wyłączone.